My Way

마이웨이

Tytuł: My Way (Mai Wei, 마이웨이)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2011

Czas trwania: 145 min

Reżyseria: Kang Je-Gyu

Scenariusz: Kang Je-Gyu, Na Hyun, Kim Byung-In

Budżet: 25 mln $

Obsada: Jang Dong-GunJoe OdagiriBingbing FanKim In-Kwon

Gatunek: dramat, wojenny.

Wojenna fikcja oparta na prawdziwych wydarzeniach

Filmy, które reklamują się jako ,,oparte na faktach” zawsze przykuwają moją uwagę. W końcu życie pisze najlepsze scenariusze, dlatego też My way wyczekiwałam z niecierpliwością i byłam przygotowana na wszystko co najlepsze może dać koreańska filmografia wraz z reżyserem wielkiego wojennego hitu Tae Guk Gi: The Brotherhood of War – Kang Je-Gyu. Równie wielkie jak moje oczekiwania było rozczarowanie, które towarzyszyło mi praktycznie od pierwszych minut seansu.

My way zaczyna się dość nietuzinkowo, ponieważ jest rok 1928, kiedy to Korea znajduje się pod okupacją Cesarstwa Japonii. Syn bogatych Japończyków – Tatsuo, przybywa z rodzicami do ich posiadłości w Korei, w której to pracuje rodzina Joon-Sik’a. Chłopcy od razu zaczynają ze sobą rywalizować, ponieważ okazuje się, że oboje są zapalonymi miłośnikami biegów. Wraz z upływem lat wspólnie startują w maratonach, a w związku z zamieszkami przy jednym z nich,  Joon-Sik zostaje siłą wcielony do armii japońskiej i wyrusza na front przeciwko Sowietom. Spotyka się tam z Tatsuo, który jest oficerem w cesarskiej armii. Tak rozpoczyna się ich wspólna podróż po polach bitew II wojny światowej.

W rolach głównych możemy oglądać azjatyckie gwiazdy filmowe, czyli Jang Dong-Gun (Tae Guk Gi: The Brotherhood of War, Friend, Typhoon, Gentleman’s Dignity) z Korei Południowej, Joe Odagiri (Dream, The Warrior And The Wolf, Shinobi )z Japonii oraz Bingbing Fan (Buddha MountainShaolinLost in Beijing) z Chin. Całą trójkę miałam okazję oglądać w różnych produkcjach i nie raz udowodniła, że są dobrymi aktorami. Niestety w My way zabrakło mi wyrazistych kreacji aktorskich. Wnioskuję, iż przyczyną jest niedopracowany scenariusz. W postać Kim Joon-Sik wciela się wspomniany Jang Dong-Gun, który wiele kwestii w filmie wypowiada po japońsku i wypadł przy tym bardzo naturalnie. Jeszcze zanim film rozkręcił się na dobre zwróciłam uwagę na fakt, iż aktor ten (z całym szacunkiem) wygląda za staro jak na swojego bohatera – w końcu młodego, energicznego człowieka. Kim Joon-Sik jest przykładem osoby, która dąży do spełnienia swoich marzeń. Ciężko pracuje na swój sukces w sporcie i nawet podczas wojny nie rezygnuje z treningów. Jego odwiecznego rywala, Tatsuo Hasegawa, gra Joe Odagiri. Tak naprawdę jest to jedyny bohater ewoluujący, zmieniający swój pogląd na życie i ludzi, na przestrzeni filmu. Widać to dobitnie w świetnej scenie, gdy Tatsuo widzi jak sowiecki oficer strzela do wycofujących się z pola bitwy pobratymców – to samo robił Tatsuo, będąc dowódcą w cesarskiej armii. Okazuje się, że wojna jest bezsensowną, okrutną rozgrywką po obu stronach barykady, a punkt widzenia zleży od miejsca siedzenia.  Zarówno Tatsuo jak i Joon-Sik są lojalni wobec swojego kraju, honorowi, odważni i w pewnym momencie ich rywalizacja staje się impulsem do bliskiej więzi pomiędzy nimi (do tego stopnia, że są gotowi poświecić za siebie życie). Z kolei Bingbing Fan przypadła rola chińskiej snajperki Shirai. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że w koreańskich produkcjach wojennych kobiety obsadza się w rolach wyborowych snajperów (natomiast w zachodnich produkcjach jako pielęgniarki), ale jej postać była całkowicie zbędna i nic nie wnosiła do filmu. Początkowo sądziłam, że szykuje się jakiś romans, ale nic z tych rzeczy. Za pomyłkę uważam wymienianie Bingbing Fan jako reprezentantkę głównej obsady, ponieważ równie szybko jak się pojawiła, zniknęła na dobre. Osobiście nie czułam się zżyta z żadnym z bohaterów, ich losy były dla mnie całkowicie obojętne. Zabrakło mi większej dawki emocjonalnej, ukazania różnych oblicz bohaterów, a zamiast tego są jednowymiarowi. Jak to bywa przy produkcjach wojennych mamy całe tabuny bohaterów drugoplanowych, tych bardziej i tych mniej istotnych. Najbardziej wyrazisty z nich jest Kim In-Kwon (HaeundaeHauntersSecret) ,,wiecznie na drugim planie”, który wciela się w przyjaciela Kim Joon-Sik. Jedna z ciekawszych postaci, zaskakuje jego przemiana pod wpływem doświadczeń w czasie wojny.

Choć bohaterowie oraz fabuła nie powalają na kolana, to polecam go obejrzeć wszystkim, którzy cenią sobie widowiskowe efekty batalistyczno-pirotechniczne. Pod tym względem jest to kapitalny obraz z wieloma scenami, które potrafią odjąć mowę. My way okrzyknięto najdroższym filmem w historii koreańskiej filmografii i naprawdę widać te 25mln$, które wykorzystano na realizację. Mamy tu dosłownie wszystko, co można pokazać w filmie wojennym – czołgi, wybuchy, setki ciał poległych żołnierzy, samoloty, naloty, miny, desant morski, walki zimą, wiosną, na plaży, w mieście, w bunkrach, w okopach, na wolnym powietrzu -i czego tylko dusza zapragnie. W skrócie – szczęka opada. Byłam pod wielkim wrażeniem realizmu bitew, które zrobiono z rozmachem nie mniejszym niż w hollywoodzkich produkcjach. Mimo wszystko tego realizmu zabrakło w kliku momentach np. gdy Shirai zestrzeliwuje samolot jednym strzałem z karabinu snajperskiego…(no błagam!). Tak czy inaczej urzekły mnie detale, akcja dziejąca się na drugim planie, ukazanie działań zbrojnych z lotu ptaka. Z wielką przyjemnością obejrzałabym My way ponownie, ale tym razem w kinie. Z jednej strony właśnie takiej epickości oczekuję od najlepszych filmów wojennych, jednak z drugiej co za dużo to niezdrowo. I tak np. w scenach największych bitew praca kamery była aż zbyt dynamiczna, co powodowało istny chaos i nie wiedziałam na czym mam się skupić – czy na pierwszym planie, czy na tym co dzieje się na drugim, a może po prostu spróbować objąć wzrokiem wszystko. Nie miałam dostatecznego czasu, aby podziwiać detale. Reżyseria stoi na bardzo dobrym poziomie, choć edycja momentami mogłaby być lepsza. Trochę zawiodłam się na edycji dźwięku i wciąż moim ideałem pod tym względem pozostaje Into The Fire. Jak już wywołałam kwestię dźwięku do tablicy, to należałoby skomentować oprawę muzyczną.  Muzyka jest ładna, dobrze dopasowana, ale zbyt patetyczna (ale to standard przy wojennych filmach).

Jak na film reklamujący się jako ,,oparty na faktach” jest w nim zbyt mało realizmu. Przede wszystkim sam reżyser przyznał, iż jedyny element filmu zgodny z prawdą historyczną, to to, iż znaleziono ciało (?) koreańskiego żołnierza w niemieckim mundurze podczas D-Day. Jak się później okazało służył w trzech armiach. Natomiast cały główny wątek dwóch rywalizujących ze sobą maratończyków jest wyssany z palca. I oczywiście ten brak realizmu rzuca się w oczy, gdyż  jest zbyt wiele przypadkowych spotkań, brak tłumacza np. podczas pobytu w sowieckim obozie jenieckim (scena z deptaniem flagi przez Tatsuo),  bieganie maratonu praktycznie bez wysiłku, nasi bohaterowie powinni zginąć co najmniej kilka razy, ale oczywiście wychodzą żywi z każdej opresji, jak na ironię zawsze stają po złej stronie barykady, zbyt naciągane było dla mnie także wcielenie Azjatów do armii radzieckiej…Poza tym wydaje mi się, że jeśli ktoś w ogóle nie orientuje się w historii II wojny światowej może czuć się zdezorientowany. Tak na dobrą sprawę to nie wiadomo kto walczy z kim, dlaczego i jaki jest rezultat walk. Standardowo jest tu także mnóstwo patosu, heroizmu, braterstwa. Koreańczycy zostali wykreowani na dumny, bohaterski naród, po drugiej stronie mamy bezwzględnego okupanta – Japończyków. Tok wydarzeń, chociaż zmienia się otoczenie i kraje, jest wciąż ten sam – wcielenie siłą do armii, bitwa, przegrana, ratowanie się wzajemne, cudem uniknięcie śmierci i tak w kółko.

Tak czy inaczej, nie jest to film zły, ale daleko mu do ideału. Według mnie spokojnie można by było zrobić z niego dwa oddzielne filmy, zwłaszcza, że jest bardzo długi. Jeden o dwóch maratończykach, którzy najpierw ze sobą rywalizują by zżyć się ze sobą jak bracia,  a drugi o dwóch wrogach (Koreańczyk-Japończyk), walczących ramię w ramię na różnych frontach II wojny światowej. Film przyciąga oryginalnością tematyki, ponieważ jest to pierwszy film azjatycki, który oglądałam, a który porusza tematykę II wojny światowej, a nie np. wojny koreańskiej. Wykonanie techniczne stoi na bardzo wysokim poziomie i pod tym względem powinien usatysfakcjonować nawet najbardziej wybrednego widza. Fabuła i bohaterowie nie są mocnym punktem filmu, ale dla kogoś kto chce nacieszyć oczy brawurowymi kadrami z bitew, jest to „must see”.

Ocena: 6+/10

Lost in Beijing

迷失北京

Tytuł: Lost in Beijing (迷失北京, Ping guo)

Kraj: Chiny

Rok produkcji: 2007

Czas trwania: 112 min

Reżyseria: Yu Li

Scenariusz: Yu Li, Li Fang

Obsada: Bingbing FanElaine JinTony Leung Ka FaiDawei Tong

Gatunek: dramat

Pekin – nie aż tak odległy

Pomimo cenzury chińskich władz ,,Lost in Beijing” przekroczył granice rodzimego kraju w oryginale i zdobył rozgłos. Historia może i mało odkrywcza, a przy tym naciągana, ale przynajmniej reżyserce Yu Li udało się ukazać jak mało warte jest życie ludzkie, godność, wyznawane wartości, w świecie, w którym z każdej strony otaczają nas chłodne, szklane wieżowce.

Czytaj dalej