In love we trust

Tytuł: In Love We Trust (Left Right, Zuo you, 左右)

17559

Kraj: Chiny

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 115 min

Reżyseria:  Wang Xiaoshuai

Scenariusz: Wang Xiaoshuai

Obsada: Taisheng ChenYu NanTian YuanJia-yi ZhangWeiwei Liu

Gatunek: dramat

Różne oblicza miłości

Pracująca w nieruchomościach Mei Zhu wiedzie szczęśliwe życie u boku męża Lao Xie i córki z poprzedniego małżeństwa Hehe. Życie pary wywraca się do góry nogami, gdy okazuje się, że 5-latka choruje na białaczkę. Ze względu na brak zgodnego dawcy szpiku kości Mei Zhu podejmuje dramatyczną decyzję o urodzeniu drugiego dziecka ze swoim byłym mężem Xiao Lu. Jednakże mężczyzna i jego obecna żona sceptycznie podchodzą do pomysłu kobiety.

Czytaj dalej

Voice of a Murderer

그놈 목소리

Tytuł: Voice of a Murderer ( Geu Nom Moksori, 그놈 목소리)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 122 min

Reżyseria: Park Jin-Pyo

Scenariusz: Park Jin-Pyo

Budżet: 4.5 mln $

Obsada: Sol Kyung-GuKim Nam-JooKim Young-ChulGang Dong-Won

Gatunek: kryminał, dramat, thriller.

Uprowadzenie dziecka- tym razem z innej perspektywy

Nie od dziś wiadomo, że Koreańczycy lubują się w ekranizacjach różnych spraw kryminalnych z życia wziętych. Podobnie jest z Voice of a Murderer, który oparty jest na prawdziwych wydarzeniach z 1991r. Jednakże nie jest to typowy thriller, gdyż więcej tu dramatu rodziców niż niepokojącej zabawy w kotka i myszkę z porywaczem.

Czytaj dalej

The Devil’s Game

The Game

1. Dane podstawowe.

Tytuł: The Devil’s Game (The Game, Deo Geim, 더 게임)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 116 min

Reżyseria: Yun In-Ho

Scenariusz: Yun In-Ho

Obsada: Shin Ha-KyunByeon Hie-BongLee Hye-YoungSon Hyeon-JuLee Eun-SeongKim Hyeok

Gatunek: thriller, dramat.

2. Fabuła.

Hui-do to ubogi malarz uliczny, próbujący pomóc swojej dziewczynie Ju Eun-ah, która musi spłacić długi swojego ojca. Nieoczekiwanie Hui-do otrzymuje od bogatego starca – Kang No-sik,  kuszącą propozycję szybkiego zarobku 3mln$. Mężczyźni wspólnie typują numer telefonu i obstawiają czy odbierze kobieta, czy też mężczyzna. Jeśli zwycięży Hui-do to pieniądze będą jego, jeśli przegra to jego ciało stanie się własnością Kang No-sik.

3. Muzyka.

Na soundtrack zwróciłam uwagę dopiero w drugiej części filmu, kiedy akcja nabiera rozpędu i osy bohaterów są bliskie przesądzenia. Jak na thriller to zabrakło mi wyrazistych motywów muzycznych, które budowałyby odpowiedni klimat niepokoju, wyczekiwania.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Aktorsko The Devil’s Game prezentuje się wyśmienicie. W postać Hui-do wcielił się Shin Ha-Kyun (Sympathy for Mr. VengeanceThe Front Line, Welcome to Dongmakgol, My Brother, Brain), natomiast schorowanego ekscentryka brawurowo zagrał Byeon Hie-Bong. Obaj wykazali się świetnym wczuciem w podwójne role. Jednak mi osobiście bardziej zaimponował Byeon Hie-Bong już jako Hui-do, gdyż w jego oczach naprawdę widać strach, bezsilność. Wielka szkoda, że scenariusz nie jest na tyle rozbudowany, aby wykorzystać potencjał drzemiący w tych aktorach. Przede wszystkim na przestrzeni filmu głowni bohaterowie pozostają jednowymiarowi i niczym nie zaskakują – Kang No-sik jest bezwzględnym egoistą do samego końca, tak jak Hui-do cały czas jest dobrotliwym człowiekiem, który pomóc ukochanej kobiecie. Odnośnie postaci kobiecych, to jak zwykle są one zmarginalizowane. Mimo to chciałabym wyróżnić Lee Hye-Young (Can You Hear My Heart), która jest stworzona do grania dystyngowanych, zdeterminowanych kobiet. Co jeszcze? Raziła mnie widoczna na pierwszy rzut okaz duża różnica wieku pomiędzy  Hui-do a  Ju Eun-ah (Lee Eun-Seong). Moim zdaniem można było obsadzić w tej roli starszą aktorkę, gdyż i tak nie była to wymagająca postać. Z obsady drugoplanowej podobał mi się także Son Hyeon-Ju jako wujek Hui-do – Min Tae-Suk. Wniósł do filmu lżejszą atmosferę poprzez kilka zabawnych dialogów oraz sytuacji z jego udziałem (np. zakup bielizny).

5. Wykonanie techniczne.

Kwestie techniczne wykonane są poprawnie, choć reżyseria nie powala na kolana, ale film ogląda się płynnie, nie ma przestojów, ani denerwujących przejść pomiędzy scenami. Do gustu przypadły mi scenografie, a przede wszystkim kunsztowna willa Kang No-sik z bajecznym akwarium w podłodze oraz interesującymi obrazami na ścianach korytarza i wnętrz. Równie dobrze wykonano scenę „zamiany ciał” – wyglądało to na tyle realistycznie, że można by uwierzyć, iż faktycznie coś takiego jest prawdopodobne.

6. Ogólna ocena.

The Devil’s Game to kolejny udany koreański obraz, ale nie jest to film genialny, który zachwycił mnie w każdym elemencie. Dla mnie jest to bardziej dramat niż thriller, gdyż tego drugiego mamy jak na lekarstwo i to głównie w początkowej fazie filmu. Na dramat wskazuje podkreślenie trudnej sytuacji Hui-do po zamianie ciał. Co oczywiste – nie może się z nią pogodzić, w końcu jest młodym, zdrowym człowiekiem, a nagle staje się schorowanym starcem, który lada chwila może umrzeć. Nie ma do kogo się zwrócić o pomoc, obawia się wyjawić prawdę swojej dziewczynie i cierpi, widząc Kang No-sik wykorzystującego sytuację zamiany ciał. Aktorzy zostali dobrani kapitalnie i sprostali zadaniu. W przeciwieństwie do scenariusza, który mógł być znacznie bardziej ciekawy i urozmaicony. Także muzyka mnie nie porwała. Na całe szczęście końcówka rekompensuje większość z tych niedostatków, gdyż nie jest jednoznaczna i pozostawia widza z ciężkim orzechem do zgryzienia. Cały watek medyczny najpierw mnie rozbawił, później zadziwił, ale ostatecznie stwierdziłam, że jego realizm nie jest istotny dla toku akcji. Po prostu trzeba na to przymknąć oko. Tak czy inaczej, film wart poświęcenia na niego swojego czasu. Wydaje mi się, że fani thrillerów z dużą dawką dramatu będą zadowoleni po seansie.

Ocena: 7+/10

Humming

A Lovers Concerto

1. Dane podstawowe.

Tytuł: Humming ( A Lovers Concerto, 허밍, Huming)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 96 min

Reżyseria: Dae-yeong Park

Scenariusz: Dae-yeong Park

Budżet: 736,842 $

Obsada: Lee Chun-HeeHan Ji-Hye

Gatunek: melodramat, fantasy.

2. Fabuła.

Jun-seo i Mi-yeon niedługo będą obchodzić 6 rocznicę bycia ze sobą. Jednak Jun-seo czuje się znużony takim stażem związku i planuje zerwać z długoletnią partnerką. Z kolei Mi-yeon, nic nie podejrzewając, w swoim zwyczaju jak zwykle tryska młodzieńczą energią oraz sprawia ukochanemu kolejne niespodzianki. Zdeterminowany mężczyzna postanawia złożyć aplikację na wyprawę badawczą na Biegun Południowy. Gdy Mi-yeon się o tym dowiaduje z miejsca stwierdza, iż zaczeka na niego rok a nawet więcej. Jeszcze przed wyjazdem Jun-seo, kobieta ulega wypadkowi i zapada w śpiączkę. Jej partner jest osłupiały, ponieważ w dzień po wypadku rozmawiał z Mi-yeon w swoim mieszkaniu.

3. Muzyka.

W trakcie seansu nie zwróciłam szczególnej uwagi na ścieżkę dźwiękową, toteż żaden z utworów nie wzbudził we mnie zainteresowania. Na przestrzeni filmu możemy usłyszeć kilka powtarzalnych motywów instrumentalnych, na tyle subtelnych, iż są ledwo zauważalne.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Humming to typowy melodramat, który skupia się na dwójce głównych bohaterów. Postacie drugoplanowe praktycznie nie istnieją, a można do nich zaliczyć zaledwie matkę i siostrę Mi-yeon oraz przyjaciela z pracy Jun-seo. Odnośnie głównej pary, to słowa pochwały na pewno należą się Han Ji-Hye (East of Eden), która wcieliła się w postać przesympatycznej Mi-yeon. Dla niektórych z pewnością może to być przerysowana, do bólu wtórna bohaterka, jednak urzekła mnie swoją swobodą bycia, łaknieniem adrenaliny,a przede wszystkim nieustanną troską o związek z Jun-seo. Mi-yeon ma w sobie coś z dziecka i tak też zachowuje się w miłości. Widać, że bez ukochanego nie wyobraża sobie życia, chce spędzać z nim każdą wolną chwilę, zostawia mu nawet kartki z zadaniami,  które ukrywa w różnych przedmiotach w jego mieszkaniu. Być może przez swoją radosną naturę nie dostrzega zmian w zachowaniu Jun-seo. Chociaż podobała mi się rola Han Ji-Hyeto niestety nie mogę powiedzieć tego samego o Lee Chun-Hee, wcielającym się w postać Jun-seo. Jego bohater to od pierwszych chwil nie wzbudza sympatii. Traktuje Mi-yeon jak upierdliwą nastolatkę, która nie chce mu dać spokoju. Nie znamy bliżej historii ich związku, jak wyglądały razem spędzone lata, ale skoro chciał się jej pozbyć to mógł powiedzieć o tym wprost, a nie uciekać się do dziwacznych historii o wyjeździe na drugi koniec świata. Do wypadku Mi-yeon jest on nieczułym bufonem i nagle przeistacza się w najnieszczęśliwszego człowieka na ziemi, który nie rozumie jak mogło coś tak strasznego spotkać jego ukochaną kobietę. Przyznaję, iż aktor nie przekonał mnie do swojej skruchy, ja bynajmniej nie widziałam w jego oczach, mimice twarzy, ruchach, wielkiej miłości i troski. Na nic zdały się jego rozpacz, łzy, w ogóle nie przekonał mnie do swojego bohatera. Moim zdaniem taka konstrukcja postaci nijak ma się do bohatera romantycznego.

5. Wykonanie techniczne.

Produkcji tej nie mam nic do zarzucenia w kwestii wykonania. Brak udziwnień, a sceny ,,nadprzyrodzone” prezentują się dobrze. Duża w tym zasługa oświetlenia na wzór baśni. Montaż jest płynny, nie odczuwa się dłużyzn, choć niektóre ujęcia są sztucznie przedłużane. To co mnie zdziwiło to reklama strony internetowej oraz piosenki nagranej przez odtwórców głównych ról, którą możemy zobaczyć tuż po zakończeniu filmu. Dziwny zabieg i dla mnie niezrozumiały.

6. Ogólna ocena.

Humming rozczarował mnie, ponieważ spodziewałam się bardziej porywającego filmu. Sięgając po melodramat oczekuję wyrazistych postaci, chemii pomiędzy bohaterami oraz wzruszających scen. W przypadku tej produkcji nic takiego nie miało miejsca. Mimo wszystko doceniam chęć stworzenia czegoś innego. Otóż w Humming nie obserwujemy jak bohaterowie się poznają, zakochują w sobie, a następnie jak radzą w obliczu nieoczekiwanych problemów. Tutaj główna para jest ze sobą od kilku lat i ich związek znajduje się na zakręcie. Rutyna dnia codziennego jest nieuniknionym elementem każdego związku z długim stażem. Jednak twórcom nie udało się przekuć tego w atut filmu, gdyż przynajmniej w moim przypadku – największe zainteresowanie wzbudziły sceny z przeszłości, wspomnienia z czasów, gdy się poznali. Są one ciekawe, ponieważ ukazują zupełnie inne oblicze Jun-seo. Okazuje się, że  to on pierwszy zwrócił uwagę na śliczną Mi-yeon oraz  robił co mógł, by zdobyć jej serce. Nagrał nawet na kasecie zdanie ,,Kocham cię” – tylko dlatego, że Mi-yeon lubiła to słyszeć. Niestety nie dowiadujemy się co takiego wydarzyło się na przestrzeni tych 6 lat ich związku, że Jun-seo przeszedł taką metamorfozę. Nie uwierzyłam także w wielką miłość Jun-seo. Przy łóżku szpitalnym Mi-yeon nie widziałam zakochanego w niej mężczyznę, a człowieka, który ma wyrzuty sumienia i stara się w jakimś stopniu zrekompensować jej swoje zachowanie ( i to ciągłe ,,nie zdążyłem nawet jej przeprosić” – czy to ma być wyraz miłości?). Zakończenie przewidywalne i jest przykrą prawdą płynącą z filmu, czyli że doceniamy to co mamy w momencie, gdy to tracimy. Nie do końca zrozumiałam także elementy fantasy. W filmie pojawiają się insynuacje o światach równoległych, duchach. Moim zdaniem wątek ten był zbędny. Mimo wszystko Humming przyzwoicie spisuje się jako jednorazowy, wtórny melodramat z przesadnym dramatyzmem i miejscami zalatujący kiczem. Zapewne znajdą się i tacy, co wzruszą się w bardziej lub mniej podniosłych momentach. Film całkowicie do zapomnienia, niezapadający głęboko ani w pamięci ani w sercu. Jednak tak jak wspomniałam – zawiera kilka ciekawych elementów, toteż co niektórzy fani melodramatów z pewnością będą usatysfakcjonowani.

Ocena: 5+/10

Trailer

Innocent Love

イノセント・ラヴ

1. Dane podstawowe.

Tytuł: Innocent Love (イノセント・ラヴ)

Kraj: Japonia

Rok produkcji: 2008

Liczba odcinków: 10

Czas trwania odcinka: 54 min

Reżyseria: Hiromasa KatoHiroaki MatsuyamaMitsutaka Endo

Obsada: Maki HorikitaYujin KitagawaYu KashiiSeiji FukushiHiroki NarimiyaYuki Uchida

Gatunek: melodramat.

2. Fabuła.

Drama przedstawia losy Kanon Akiyama, która jako dziecko straciła rodziców w pożarze. Jej starszy brat został oskarżony o podpalenie i odsiaduje wyrok w więzieniu dla nieletnich. W związku z tym wydarzeniem Kanon jest szykanowana przez okoliczną społeczność, gdyż powszechnie uważa się ją za siostrę mordercy. W końcu dziewczyna przeprowadza się do Tokio, gdzie chce zacząć nowe życie. Zatrudnia się jako sprzątaczka i nawet zakochuje się, jednak przeszłość nie pozwoli tak łatwo o sobie zapomnieć.

3. Muzyka.

Niestety, ale soundtrack jest bardzo ubogi. Oprócz utworu Utada Hikaru – Eternallyktóry możemy usłyszeć w endingu każdego odcinka (niestety jak to bywa w japońskich dramach przez ending rozumie się końcówkę odcinka z jakaś rozdzierająca serce sceną, a w tle aksamitny głos Utady Hikaru) występuje także kilka powtarzalnych utworów fortepianowych (bo główny bohater jest kompozytorem) i to by było na tyle…

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Pod względem gry aktorów jest bardzo nierówno. Generalnie przyzwyczaiłam się do poziomu gry w dramach (zwłaszcza japońskich czyt. ekspresja), ale na Yujin Kitagawaę nawet moją cierpliwość nie wystarczyła. Źródło problemu leży zapewne także w samej postaci Junyi Nagasaki, ponieważ to mężczyzna z wielkim sercem, który kocha muzykę, dzieci, ludzi itp., a do tego opiekuje się obłożnie chorą narzeczoną, która w wyniku próby samobójczej znajduje się w wegetatywnym stanie. Junya jest dosłownie bez wad, a jego wieczny, dobrotliwy uśmiech na twarzy z każdym kolejnym odcinkiem co raz bardziej działał mi na nerwy, bo był sztuczny i wymuszony do granic możliwości….Co gorsze – jego postać w ogóle się nie rozwija na przestrzeni dramy. W rolę Kanon Akiyamy wcieliła się urodziwa Maki HorikitaKanon to żeński odpowiednik Junyi, czyli także chodząca niewinna istotka z krystalicznie czystym sercem, której los rzuca pod nogi kolejne kłody. Widz nie ma wyjścia i musi jej współczuć…Nie rozumiałam dlaczego spadło na nią brzemię ,,siostry zabójcy”, przecież straciła rodziców, więc dlaczego to ona ma odpowiadać za czyny brata? (ale rozumiem, że tak jest dramatyczniej). Jej wiara i ufność w ludzi nie zna granic, co pozostali bezlitośnie wykorzystują (jak np. kobieta, z którą pracowała przy sprzątaniu mieszkań). Mimo wszystko uważam, że Maki Horikita pokazała się z dobrej strony, ponieważ jej emocje były wiarygodne bez przesadnej ekspresji. Oprócz głównej pary w dramie występują cztery istotne postacie drugoplanowe, czyli – była narzeczona Junyi, Kiyoka Segawa, w tej roli Yuki Uchida. Postać dla mnie całkowicie obojętna, choć dobrze poradziła sobie z odegraniem scen, w których powoli nawiązywała kontakt ze światem zewnętrznym. Kolejna bohaterka to przyjaciółka Junyi –  Mizuki Sakurai (Yu Kashii), której uczucia oczywiście nie ograniczają się jedynie do przyjaźni. Mizuki to zaborcza i ślepo zakochana kobieta, która zrobi wiele, aby zwrócić na siebie uwagę Junyi. Chyba najciekawszą postacią okazał się być Subaru Segawa, którego zagrał Hiroki Narimiya (Bloody MondayBloody Monday 2). Otóż Subaru, podobnie jak Mizuki, kocha Junyę, ale z wiadomych względów ukrywa swoje uczucia i pozostaje jedynie cichym podparciem dla długoletniego przyjaciela. Na tle tragizmów, które działy się w dramie, to właśnie jego postać najbardziej mnie poruszyła, ponieważ wydawała mi się w największym stopniu rozsądna i wiarygodna. Jeśli chodzi o samą grę, to moim zdaniem najlepiej (z całej tej gromady) zaprezentował się Seiji Fukushi jako brat Kanon- Yoji Akiyama. Pierwszy raz miałam z nim styczność, ale pozostawił po sobie dobre wrażenie i dziwię się, że dostaje jedynie role drugoplanowe. Świetnie wypadł w scenach, które wymagały ukazania złości (a łatwo w nich o przesadę).

5. Wykonanie techniczne.

Jak przy większości japońskich dram nie mam większych zastrzeżeń. To co mi się nawet podobało to wnętrze mieszkania Junyi (a może to po prostu wpływ fortepianu? :)).

6. Ogólna ocena.

Innocent Love to typowa japońska drama melodramatyczna. Są przyjaźnie, wielka miłość, która rodzi się w bólach, przeciwności losu, nieodwzajemnione uczucia i  cienie przeszłości. Każdy kogoś kocha, ale oczywiście nie tę osobę co trzeba, przez co mamy jeszcze więcej tragizmu i rozterek. Mimo wszystko do 9 odcinka drama mnie nie nudziła i może nie obejrzałam jej jednym tchem, ale dobrnęłam do końca bez większych zgrzytów. Jednak po 9 odcinku nastąpiła katastrofa w postaci odcinka ostatniego, 10 – tego. Jest tam pewna tragiczna scena, której głupota i brak logiki przyprawiły mnie o salwy śmiechu. Nie wiem jak można tak popsuć całkiem udaną dramę… Tak czy inaczej tytuł ten polecam miłośnikom japońskich produkcji o młodych ludziach, których los nie oszczędza. Postacie nie są rozbudowane, ale jak ktoś lubi takie klimaty to na pewno będzie z nimi sympatyzował. Aktorzy w większości zaprezentowali się przyzwoicie. Fabuła nie jest odkrywcza, ale porusza trudne tematy – homoseksualizm, traumy z dzieciństwa (nie chcę  zdradzać szczegółów, więc niech pozostanie taka ogólnikowa forma), problemy z zaczęciem nowego życia po kilku latach odsiadki (brat Kanon), poszukiwanie sensacji przez mediów. Nie zabrakło banałów jak np. chwile szczęścia Junyi i Kanon. Niestety muzyka jest słaba, ale realizacja stoi na przyzwoitym (dramowym) poziomie. Fani japońskich dram melodramatycznych powinni tu znaleźć coś dla siebie.

Ocena: 6+/10

Eye for an Eye

3105

Eye for an Eye (2008)

Tytuł: Eye for an Eye (Nuneneun Nun, Ieneun I,눈에는 눈, 이에는 이)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 101 min

Obsada: Cha Seung-WonHan Suk-Kyu

Gatunek: akcja, sensacyjny.

 

 

,,Eye for an Eye”, czyli amerykańszczyzna po koreańsku

Sięgając po koreańskie kino akcji oczekuję czegoś więcej niż jedynie płytkiej rozrywki. W związku z tym moje wymagania względem Eye for an Eye były wysokie, co zemściło się w postaci znużenia i irytacji. Wszelkie zarzuty skierowane pod adresem Eye for an Eye są kalką powodów, dla których nie lubię sensacyjnych filmów prosto z USA.

Już sam zarys fabularny zwiastuje nieoryginalność, chociaż, jak wiadomo, Koreańczycy potrafią zaskakiwać – ale nie tym razem. Otóż grupka złodziejaszków dokonuje zuchwałego rabunku, w biały dzień, pod bacznym okiem policji. Do tego pomysłodawca planu – Hyeon-min Ahn, podaje się za znanego detektywa Sung-chan Baek. Gdy ów dowiaduje się o zaistniałej sytuacji postanawia schwytać złodziei. Jednak wkrótce okazuje się, iż Sung-chan Baek nie został wybrany przypadkowo.

Brzmi ciekawie? – owszem, chociaż ma się wrażenie, że ,,gdzieś to już było”. Tak oto rozpoczyna się zabawa w kotka i myszkę pomiędzy dwoma głównymi bohaterami – policjantem i złodziejem. Niestety, właśnie w tych postaciach tkwi jeden z najważniejszych problemów Eye for an Eye. Bynajmniej nie chodzi o zły dobór aktorów, gdyż chyba jedynie dzięki ich umiejętnościom film można dotrwać do końca. Przy oklepanej fabule, pełnej schematów, która skupia się na rywalizacji głównych postaci, ważne jest, aby umiejętnie zrównoważyć ich czas na ekranie. Moim zdaniem zbyt wiele miejsca poświęcono postaci granej przez Han Suk-Kyu, czyli detektywie Baek. Na całe szczęście Han Suk-Kyu okazał się solidnym aktorem, gdyż w przeciwnym wypadku odegranie jego bohatera byłoby całkowitą porażką i parodią samego siebie. Detektyw Baek, jak na mój gust, jest zbyt cyniczny i aż bije od niego negatywna aura. W wielu scenach w jego oczach widać groźny błysk oraz obsesyjną determinację. Zazwyczaj widz darzy sympatią ,,tych dobrych”, czyli policjantów, ale w Eye for an Eye to przestępcy wyrastają do roli ,,tych dobrych”. Pomysłodawca całego planu rabunku – Hyeon-min Ahn, w którego rolę wcielił się Cha Seung-Won (Into The FireSecret), od razu zyskuje sympatię widza. Zamiast przemocą kieruje się sprytem i inteligencją. Wraz z rozwojem akcji widać jak dopracowany i przemyślany plan wdrożył w życie. Równie interesujący są członkowie ekipy Ahn’a. Barwne, choć nierozwinięte postacie, a szkoda. Mogłoby być znacznie ciekawiej gdyby skupiono więcej uwagi złodziejach i przyczynie kradzieży.

Zaletą filmu jest to, iż nie wygląda na tani. Zawiera kilka scen akcji, które przykuwają oko. Widowiskowe są zwłaszcza pościgi. Zastosowano także kilka zabiegów, które zapewne miały budować napięcie i ożywić obraz. Chodzi mi tu przede wszystkim o migawki z przeszłości oraz łączenie dwóch kadrów na raz (nie wiem jakie słowa lepiej pasują do tego efektu). Tak czy inaczej, na nic te starania się zdały, gdyż scenariusz nie chwyta za serce, a i nawet nie za wątrobę. Niepotrzebnie komplikowano niektóre elementy fabuły, co jedynie utwierdza widza w przekonaniu, że przedstawiona historia jest nierealna i należy ją traktować z przymrużeniem oka. Odnośnie przymykania oka – nie mogę nie wspomnieć o humorze, który jest bardzo charakterystyczny dla tego typu filmów (nie tylko koreańskich). Już przy innych recenzjach wspominałam, że nie jestem miłośniczką azjatyckiego humoru, a co za tym idzie – wszelkie wstawki komediowe w Eye for an Eye zupełnie nie pasowały mi do reszty filmu. Mimo to np. oprawę muzyczną dobrano bardzo dobrze i nie kontrastowała z tematyką filmu.

Chociaż z mojego krótkiego tekstu wynika, że Eye for an Eye to kiepski film, po który nie warto sięgnąć, to nie jest to do końca prawdą. Tytuł ten powinien być idealny dla osób szukających niezobowiązującej rozrywki w postaci kina akcji z komediowym, lekkim zabarwieniem. Pod koniec filmu następuje interesujący zwrot akcji, ale odniosłam wrażenie, że sami twórcy nie wiedzieli co tak naprawdę chcą przedstawić. Mamy tu zarówno elementy thrillera, filmu detektywistycznego, sensacyjnego oraz motyw zemsty. Gdzieś w tym misz-maszu zgubiła się oryginalność i spójność. Postacie nie zostały w dostatecznym stopniu rozwinięte, co uwypukla wrażenie, iż czegoś tu brakuje. W każdym razie polecam, choćby dla występu głównych aktorów, gdyż dali z siebie co mogli, a także przez wzgląd na kilka dobrych scen akcji i wymuskany plan Ahn’a.

Ocena: 4+/10

Il Ji-Mae: The Phantom Thief

1. Dane podstawowe.Iljimae

Tytuł: Il Ji-Mae: The Phantom Thief ( Iljimae, 일지매)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Liczba odcinków: 20

Czas trwania: 70 min

Obsada: Lee Jun-KiPark Si-HooHan Hyo-JooLee Young-AhLee Mun-Shik

Gatunek: akcja, dramat, historyczny, romans.

2. Fabuła.

Młody Geom staje się świadkiem zabójstwa ojca. Od tego feralnego dnia jego życie całkowicie się odmienia. Zostaje przygarnięty przez złodziejaszka Soe-Dol. Wraz z dorastaniem Geom zaczyna sobie przypominać wydarzenia z przeszłości. Żądny zemsty postanawia nocą przywdziewać maskę i stawać w obronie najuboższych.

3. Muzyka.

W trakcie oglądania dramy nieszczególnie zwróciłam uwagę na soundtrack, gdyż zbyt często irytowały mnie luki w fabule i błazeńskie zachowanie bohaterów. W związku z tym postanowiłam przesłuchać soundtrack oddzielnie  i muszę przyznać, iż wypada dobrze. Kilka pięknych, poruszających ballad oraz motywów wzorowanych na czasy epoki. Miłe zaskoczenie.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

W Iljimae nie podobało mi się wiele, jednak jedno udało się twórcom dobrze, a mianowicie dobór obsady. W rolę tytułowego Iljimae wcielił się Lee Jun-Ki (Time Between Dog and Wolf). Przyszło mu odegrać tak naprawdę dwie całkowicie odmienne postaci. Z jednej strony, za dnia, był cwanym złodziejaszkiem, który co i rusz dostawał niezłe lanie, a potem jak gdyby nigdy nic dalej robił z siebie pajaca. Natomiast nocą, gdy przywdziewał maskę, można zobaczyć jego skupione i bystre oblicze. Jak zwykle nie można narzekać na Lee Jun-Ki w scenach czarnej rozpaczy i wielkich życiowych dramatów, po prostu daje w nich z siebie wszystko co najlepsze. Istotną rolę odegrał także Park Si-Hoo (Prosecutor Princess) jako nadworny gwardzista Si-Hoo. Szczerze to zawiodłam się, gdyż Park Si-Hoo ciągle oferował ten sam skwaszony wyraz twarzy i mimo kilku dobrych okazji do wykazania się – polegał na całej linii. Wolę go w rolach playboy’ów w komediach romantycznych. Wśród głównych postaci przewijają się także dwie kobiety, czyli Han Hyo-Joo jako Eun Chae oraz Lee Young-Ah jako Bong-Soon. Nie będę się nad nimi rozpisywać, gdyż nie pokazały niczego nadzwyczajnego, a poza tym ich postacie wydawały mi się zbędne (ot tylko po to, aby jakiś romans wcisnąć w dramę). Poza pierwszoplanowymi postaciami Iljimae zawiera całą plejadę dobrych postaci drugoplanowych. Chociaż generalnie scenariusz jest słaby i bohaterowie nie mają rozbudowanych charakterów, to i tak najmilej wspominam właśnie drugoplanowe kreacje. Między innymi podobał mi się Lee Mun-Shik jako przyszywany ojciec Yong-Yi (Iljimae). Pogodna, emocjonalna postać, który wniosła do dramy sporo serdeczności i ciepła. Do gustu przypadła mi także rola Jo Min-Gi (East of Eden) jako król.

5. Wykonanie techniczne.

Nie była to moja pierwsza koreańska drama osadzona w erze Joseon, dlatego też nie miałam wielkich oczekiwań. Stroje jak zwykle przyzwoite, peruki również, wystrój wnętrz i sceny na powietrzu także ujdą. Generalnie reżyseria nie wypadła najgorzej (jak na dramę), a kilka scen naprawdę cieszy oko. Przyznaję, iż sceny na lodzie (gdzieś w początkowych odcinkach) były oryginalne, ale później było już tylko przeciętnie (i to bardzo). To co mnie raziło, to przede wszystkim walki. Przy oglądaniu Iljimae trzymała mnie jedynie myśl, że jest to drama akcji, więc jeżeli fabuła się nie rozkręci, to pozostaną mi przynajmniej sceny pojedynków. Wszelkie elementy wuxia raziły mnie po oczach…swoją schematycznością, sztucznością i brakiem płynności ruchu. Z żalem patrzyłam jak aktorzy bezskutecznie starają się, aby ich ruchy wyglądały na profesjonalne i naturalne.

6. Ogólna ocena.

Iljimae należy do popularnego trendu “fusion sageuk” (czyli dramy osadzone w historii, ale ze współczesnym językiem i muzyką). I żeby było jasne – nie jestem jego fanką. Największą bolączką Iljimae jest właśnie nieprawidłowy balans pomiędzy elementami komicznymi a poważnymi. W tym przypadku mówienie o „komedii” jest nie na miejscu, gdyż zachowanie bohaterów i ich działania często są po prostu błazenadą. Nie mogłam patrzeć jak Lee Jun-Ki ciągle robi z siebie pajaca na ekranie, jak przesadza z mimiką twarzy i ciągle dostaje łupnia…Czułam totalny niesmak i nie wiem jakim cudem zdzierżyłam te wszystkie „komediowe” wstawki. Być może wynika to z faktu, iż Iljimae męczyłam przez około 1,5 roku (tak, tak…jest to drama, która przez najdłuższy okres czasu mnie dobijała). Tak czy inaczej sam trzon fabuły, czyli morderstwo, spisek, żądza zemsty, rodzinne tajemnice – nie jest niczym nowym. Romans…chwila moment – jaki romans? Chyba bardziej pasuje określenie: miłostki bohaterów. Niby jakieś zauroczenia są, gdzieś przewinie się pocałunek, kilka tandetnych romantycznych scen…i to by było na tyle. Może i lepiej, że nie rozwijano tych wątków, gdyż zapewne wtedy nie dokończyłabym dramy. Żeby nie było tak totalnie ironicznie, to wspomnę o tym co mi się podobało w fabule. Otóż jeżeli wyłuskać jedynie historię zemsty i wszelkie wątki poważne, to drama jest przyzwoita. Pojawia się sporo wątków pobocznych, które mogłyby być ciekawe, ale nie pokuszono się  o ich rozwinięcie. Aktorzy spisali się dobrze i nie mam większych uchybień. Podobnie muzyka jak i reżyseria są udane. O zakończeniu nie będę wspominała, bo chyba można się domyślać jak się potoczyły losy Iljimae. W samej końcówce zdziwił mnie szybki rozwój wypadków i ich skutki. Gdyby ktoś zapytał się mnie: o czym tak w ogóle jest Iljimae? To minęłaby długa chwila zanim bym cokolwiek powiedziała, gdyż po seansie pamiętam jedynie początek i koniec.Czy polecam? Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie moje wrażenia, to nie. Jednak będąc obiektywną, to warto dać szansę Iljimae, zwłaszcza jeśli lubi się obsadę i potrafi się przymknąć oko na humor.

Ocena: 4/10

Ip Man

1. Dane podstawowe.Yip Man

Tytuł: Ip Man (yip man, 葉問, ye wen, 叶问)

Kraj: Hongkong

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 105 min

Obsada: Donnie YenLynn HungSiu Wong FanKa Tung LamHiroyuki Ikeuchi

Gatunek: sztuki walki, biograficzny.

2. Fabuła.

Film luźno nawiązuje do biografii mistrza sztuk walki – Ip Man’a, którego uczniem był m.in. Bruce Lee.

Lata 30. XX w., chińskie miasto Foshan słynie z najlepszych szkół kung-fu w kraju. Wśród wielu mistrzów poszczególnych szkół najbardziej popularny staje się Ip Man, który jest niepokonany, ale mimo to nie chce przyjmować na szkolenie uczniów. Sielskie życie miasteczka przerywa okupacja Cesarstwa Japonii.

3. Muzyka.

Bardzo dobrze komponuje się z obrazem. Chociaż, jak dla mnie, soundtrack jest zbyt mało zróżnicowany oraz subtelny.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Jak to już bywa w filmach z naciskiem na sztuki walki – fabuła skupia się na głównym bohaterze. W przypadku Ip Man jest to tytułowy mistrz kung-fu, w którego postać wcielił się Donnie Yen (Hero). Przyznam się bez bicia, iż dopiero w Ip Man przekonał mnie do siebie i udowodnił, że oprócz umiejętności czysto zręcznościowych, jest także przyzwoitym aktorem. Jako wzór wszelkich cnót moralnych, a przy tym niepokonany mistrz kung-fu, wypadł bardzo wiarygodnie i w każdej minucie filmu czułam, iż widzę na ekranie Ip Man’a z krwi i kości. Co do pozostałych postaci, to mam dylemat. A związany jest on z faktem, iż Ip Man to teatr jednego aktora. Mimo to występują bohaterowie drugoplanowi, którzy, oprócz tłumacza (w tej roli Ka Tung Lam), nie mieli do zaoferowani rozbudowanych charakterów odgrywanych przez siebie postaci. Wspomniany tłumacz to najciekawsza postać w całym filmie. Tak czy inaczej, wszyscy drugoplanowi aktorzy wypadli bardzo dobrze. Podobał mi się zwłaszcza Hiroyuki Ikeuchi jako ,,wielki i zły” japoński generał, gdyż idealnie pasował do tej postaci. Jedyną bohaterką, która odegrała większe znaczenie, była żona Ip Man’a – w tej roli urodziwa Lynn Hung. Niestety, według mnie, była zbyt marionetkowa, tułała się po ekranie jak zjawa i spełniała swoją rolę bycia u boku męża (kiedy doczekam się w chińskim filmie kobiecej roli z prawdziwym charakterem?).

5. Wykonanie techniczne.

Nie chcę się powtarzać (bo pewnie przy innych produkcjach chińskich o tym wspominałam), ale i tak muszę – co jak co, ale Chińczycy potrafią robić filmy osadzone w różnych epokach historycznych. Detale scenografii, stroje, przedmioty codziennego użytku – realia epoki odzwierciedlono perfekcyjnie. Ip Man to film o kung-fu, w związku z tym jest mnóstwo pojedynków (i tych jeden na jeden, i tych jeden na co najmniej kilkunastu). Same układy walk są widowiskowe i na pewno jedne z lepszych (jak nie najlepsze) jakie widziałam w kinie. Jedyne co mi przeszkadzało to wyolbrzymione i nienaturalne odgłosy ciosów oraz bardzo słabe sekwencje z bronią.

6. Ogólna ocena.

Przy promocji filmu bardzo pomógł fakt, iż tytułowy Ip Man był mistrzem znanego całemu światu Bruce Lee. Jednak, jeżeli ktoś łudzi się, że gdzieś, wspominany uczeń, przewinie się w filmie, to od razu mówię, że spotka go zawód. Mnie osobiście najbardziej rozczarował brak trzymania się faktów z życia Ip Man’a. Rozumiem, że na potrzeby filmu można to i owo ubarwić, pozmieniać, tak aby lepiej pasowało do ogólnej koncepcji filmu…Jednak w przypadku Ip Man’a przesadzono i to bardzo. Przede wszystkim wspomniana postać, w czasie okupacji japońskiej, nie pracowała w kopalni węgla, tylko była policjantem. A wyjechać z miasta musiał, ale dlatego, że chińskim władzom nie podobało się, że jest aż tak bogaty… Oczywiście nie było także żadnego pojedynku Ip Man’a z japońskim generałem. Dlatego też przypinanie łatki filmu biograficznego tej produkcji jest nieporozumieniem. Jeżeli spojrzeć na film jak na film akcji opartym na sztukach walk, to okaże się bardzo dobrym tytułem. Fabuła jest ciekawa, a walki dynamiczne i bardzo widowiskowe. Początek filmu jest utrzymany w pogodnym tonie, który ubarwiany jest poprzez scenki humorystyczne, także w scenach walk. Tę idyllę narusza przybycie grupki rzezimieszków, a później zupełnie niszczy okupacja japońska. Ip Man z bohatera staje się zerem. Aby przeżyć i wyżywić rodzinę musi ciężko pracować w kopalni i doświadczać okrucieństwa Japończyków na własnej skórze. Zbiegiem okoliczności okazuje się, że japoński generał Miura, jest miłośnikiem sztuk walk i organizuje popisowe turnieje. Ip Man, chcąc nie chcąc, staje na czele swojego narodu i z pompatycznym hasłem na ustach (,,Jestem Chińczykiem” – odpowiedź jakiej udzielił zapytany o imię) rusza ku wyzwoleniu pobratymców spod reżimu najeźdźców. Sceny uczenia mieszkańców miasta kung-fu przemilczę i zrzucę to na karb bujnej wyobraźni reżysera. Pomimo tych kilku niedociągnięć, to jest to film godny polecenia zwłaszcza fanom kina kopanego. Oprócz czystej rozrywki w postaci dobrej jakości mordobicia, to film oferuje także kilka bardziej emocjonalnych, dramatycznych scen, ale przede wszystkim piękne wnętrza i odwzorowanie realiów epoki. Polecam.

Ocena: 7/10

Napisy PL

Trailer