Doomsday Book

Tytuł: Doomsday Book (Inlyumyeolmangbogoseo, 인류멸망보고서)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2012

Czas trwania: 113 min

Reżyseria: Kim Jee-Woon („Creation of Heaven”), Yim Pil-Sung („Brave New World” & „Happy Birthday”)

Scenariusz: Kim Jee-WoonYim Pil-Sung, Yang Jong-Kyu, Park Sung-Hwan

Obsada: Ryoo Seung-BumKim Kang-WooSong Young-ChangKim Gyu-RiJin Ji-HeeBae Doo-NaLee Seung-JunYoon Se-AhSong Sae-Byeok

Gatunek: katastroficzny, komedia, horror, science fiction.

Koniec świata w niekonwencjonalnym wydaniu

Z każdym film spod ręki reżysera Kim Jee-Woon związane są moje wysokie oczekiwania. Tym razem jest on jednym z dwóch reżyserów. Jako że bardzo rzadko czytam zarysy fabuł, to spotkało mnie spore zaskoczenie, gdyż Doomsday Book okazał się być zlepkiem trzech, niepowiązanych ze sobą historii traktujących, bardziej lub mniej bezpośrednio, o końcu świata.

Pierwszy segment nosi tytuł Brave New World i dotyczy rozpowszechniania się poprzez żywność wirusa, który zamienia ludzi w zombie. Głównym bohaterem tej części filmu jest Yoon Seok-Woo, bardziej przypominający schematycznego nerda niż mężczyznę, który właśnie wrócił do rodzinnego domu po służby wojskowej. Jego rodzina niespecjalnie przejmuje się jego powrotem i jak gdyby nigdy nic wyjeżdża na zagraniczne wakacje. Tymczasem Yoon Seok-Woo zabiera się za wręcz pedantyczne porządki w mieszkaniu. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że wyrzucone przez niego spleśniałe jabłko stanie się zalążkiem zagłady ludzkości.

Jest to przesycona czarnym humorem historia o śmiercionośnej epidemii, mająca niepozorny początek. Wiele scen opartych jest na zbliżeniach jedzących ludzi, co nie należy do miłych widoków. Co dziwne – chyba nawet bardziej odrzuca bardzo naturalistyczna scena pocałunku… Cały segment, jeżeli potraktować go jako parodię filmów o zombie, jest raczej strawny i może bawić (np. bezproduktywne analizy specjalistów, zakrwawiona siostra w toalecie). Osobiście nie jestem miłośniczką takiego humoru i tym bardziej ta satyryczność sytuacji kontrastowała z filozoficznym zakończeniem oraz nawiązaniem do Księgi Rodzaju. Jednak z jednym mogę się zgodzić – jesteśmy tym co jemy, więc nowy początek świata od zgniłego jabłka chyba nie jest aż tak abstrakcyjny, zważywszy na przesadny konsumpcjonizm i styl życia społeczeństw.

Reżyserem Brave New World, jak i trzeciego segmentu (Happy Birthday) jest Yim Pil-SungPodobieństwo obu fragmentów jest aż nadto widoczne, a ich głównym łącznikiem jest wyśmiewanie mediów, poważnej koncepcji końca świata, absurd.

Happy Birthday jest ostatnim, trzecim, segmentem filmu i przedstawia perypetie uczennicy podstawówki – Park Min-Seo. Dziewczynka przez przypadek niszczy ulubioną, przez ojca, bilę z numerem 8. Gorączkowo stara się ją zamówić przez internet, ale nieoczekiwanie jej przesyłka stanie się zagrożeniem dla istnienia Ziemi. Muszę przyznać, że ta część jest najbardziej dziwaczna i chaotyczna. Wydaje mi się, że i gr aktorska wygląda tutaj najsłabiej. Zdecydowanie Happy Birthday najmniej przypadło mi do gustu. Jak na tematykę katastroficzną przystało – zbliżający się Armageddon sprowadzono do ,,tragedii” rodziny, jednostek. W zamierzeniu zapewne miało być mało poważnie i śmiesznie, ale dla mnie było to zbyt kiczowate. Strona internetowa, którą prowadzą kosmici? Meteoryt w kształcie kuli bilardowej? Nie, dziękuję.

Pomiędzy wspomnianymi częściami ulokowano Creation of Heaven, wyreżyserowany przez  Kim Jee-Woon (I Saw the Devil, A Bttersweet LifeThe Quiet Family, A Tale of Two Sisters, The Good, The Bad, The Weird). Jak na mój gust – dla całości filmu chyba byłoby lepiej, gdyby ten segment był pierwszym, bądź też ostatnim. Klimat jest tutaj zdecydowanie odmienny niż w pozostałych dwóch odsłonach. Akcja ma miejsce gdzieś w przyszłości, kiedy to roboty zastępują ludzi w codziennych obowiązkach. Park Do-Won jest serwisantem znanej firmy, produkującej takie właśnie roboty. Zostaje on wezwany do buddyjskiej świątyni, gdyż stacjonujący tam robot – RU-4, twierdzi iż został oświecony i jest wcieleniem Buddy… Siłą tej części filmu jest wykonanie – bardzo sterylne, stylowe wnętrza, dobre efekty specjalne związane z robotem. Jest to jedyna, z tych trzech, historia, którą chciałabym zobaczyć w formie pełnometrażowego filmu. Potencjał jest i to spory – zwłaszcza, jeżeli weźmiemy pod uwagę intrygujące zakończenie. Tak czy inaczej – historia ta zwiera dużo filozoficznych rozważań nad naturą człowieczeństwa, jego wyznaczników. Jednakże skupienie się na warstwie filozoficznej sprawia, że te kilkanaście minut może co niektórych widzów znużyć.

Doomsday Book to film może nie tyle o końcu świata, co raczej o jego zmianie, nowym początku. Trzy historie nie są ze sobą powiązane, ale mimo to absurdalne i prześmiewcze segmenty w reżyserii Yim Pil-Sung, aż nadto nie pasowały mi do egzystencjalnych rozważań środkowej odsłony filmu. Niemniej doceniam starania twórców nad stworzeniem tak oryginalnego tworu. Tym bardziej, iż obraz ten borykał się z problemami finansowymi i powstawał w bólach przez 6 lat. Dlatego też segment Christmas Present nie został dokończony i włączony do filmu. Chociaż do filmu już nie wrócę, to uważam, że może okazać się ciekawą odskocznią, zwłaszcza dla osób, które lubią czarne komedie i prześmiewczy charakter.

Ocena: 6/10

Haeundae

1. Dane podstawowe.haeundae

Tytuł: Haeundae (Tidal Wave, 해운대)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2009

Czas trwania: 120 min

Obsada: Ha Ji WonEom Jeong HwaSeol Gyeong GuLee Min Gi

Gatunek: katastroficzny, akcja, dramat.

2. Fabuła.

Poznajemy grupę ludzi, którzy stają w obliczu nadchodzącej katastrofy naturalnej – tsunami.

3. Muzyka.

Niewiele możemy usłyszeć utworów w trakcie filmu. Pod koniec, gdy jest bardziej dramatycznie, wykorzystano kilka utrzymanych w konwencji klasycznej motywów, ale według mnie jest tego zbyt mało i do tego w średnim wydaniu.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Gra aktorów – wszystkich, to jedna z nielicznych zalet tego filmu. Liczba postaci wiodących jest spora (gdzieś ok. 10). Jednych poznajemy bliżej, drugich trochę mniej. Widzimy ich zmagania, problemy np. pieniężne, ból po stracie najbliższych, czy też konsekwencje rozwodu. Większość filmu utrzymana jest w komediowym, obyczajowym klimacie, ale są także dramatyczne momenty – aktorzy spisali się dobrze w obu.

5. Wykonanie techniczne.

Jest to film katastroficzny, więc ciekawiło mnie co też Koreańczycy wymyślili. Jeżeli ktoś spodziewa się takiej roli efektów specjalnych jak w znanych produkcjach amerykańskich tego rodzaju, będzie zawiedziony i to bardzo. Scen,  w których widzimy niszczycielską siłę żywiołu jest niewiele, a tych spektakularnych jeszcze mniej. Mimo to zastosowane efekty specjalne uważam za takie sobie – nie były rewelacyjne, ale też widziałam już w wielu filmach znacznie gorsze. Zdjęcia, kadrowanie, oświetlenie na poziomie, nie mam się czego przyczepić. Chociaż ujęcia, gdy miasto zalewane jest wodą, mogłyby być bardziej dynamiczne, a także przydałoby się trochę ładnych ujęć w plenerze (w końcu śledzimy życie miasta nadmorskiego!).

6. Ogólna ocena.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić Haeundae. Przede wszystkim nie jestem fanką filmów katastroficznych, gdyż większość z nich nic nie wnosi i bazuje jedynie na efektach specjalnych, kiczowatych scenach pożegnań i wielkich mowach o końcu świata (jedynym filmem katastroficznym, który spełnił moje wymagania to australijsko-amerykański Ostatni brzeg). Jednak Haeundae nijak pasuje do wspomnianego schematu. Przede wszystkim więcej w nim dramatu, obyczajowości niż filmu katastroficznego. Jeżeli ktoś lubi azjatycki humor (czyli dość nietypową dla Europejczyków ekspresję, humor sytuacyjny) to z pewnością uśmieje się nie raz podczas seansu (ja kilka razu się uśmiechnęłam :P). Wydaje się, że sam fakt tsunami nie jest tu najważniejszy, gdyż najistotniejsze są problemy bohaterów, których poznajemy i to czy przeżyją żywioł, czy też nie. A właśnie…odnośnie przeżycia. Śmiałam się niemiłosiernie na scenie na moście, kiedy to spadały kontenery (kto widział film wie o czym mówię) – istna komedia, do tego bohaterowie to niespotykani szczęściarze, bo co rusz unikają śmierci z sytuacji bez wyjścia (dobrze, że w końcu co niektórzy umierają). Tak więc jeśli ktoś nastawi się na obejrzenie filmu katastroficznego może się rozczarować. Akcja w Haeundae bardzo długo się rozkręca – przez jakąś godzinę zbyt wiele się nie dzieje. Schematycznie wygląda sama sprawa z tsunami, otóż jest jeden naukowiec, który ostrzega, że coś takiego nastąpi, ale nikt go nie słucha, a później nie ma już czasu na skoordynowaną ewakuację ludzi z zagrożonych terenów. Haeundae to taki misz masz gatunków filmowych – jest i romans, dramat, komedia, a w końcu film katastroficzny. Obejrzeć można przez wzgląd na ciekawe podejście do filmu katastroficznego i sympatyczne postacie. Nie ma tutaj prawienia morałów, podniosłych słów itp., ale także nie jest to arcydzieło pod względem wizualnym. Kilka scen może wzruszyć co wrażliwszego widza. Tak jak wspomniałam obejrzeć można, ale bez większych oczekiwań (ja miałam bardzo wysokie…stąd tak niska ocena, w innym wypadku oceniłabym tak na 6+) – wtedy film może być uznany za dobry.

Ocena: 4+/10

Trailer