Last Life in the Universe

 เรื่องรัก น้อยนิด มหาศาล

Tytuł: Last Life in the Universe ( เรื่องรัก น้อยนิด มหาศาล, A Little Tremendous Love)

Kraj: Tajlandia

Rok produkcji: 2003

Czas trwania: 109 min

Reżyseria: Pen-Ek Ratanaruang

Scenariusz: Pen-Ek Ratanaruang, Prabda Yoon

Obsada: Tadanobu AsanoChoeman BunyasakDaran Bunyasak

Gatunek: dramat, czarna komedia.

Lepiej żyć z wrogiem niż w osamotnieniu.

Last Life in the Universe to tajlandzko-japońska koprodukcja, która choć nie zachwyca oryginalnością, to dzięki świetnej grze aktorów i umiejętnej realizacji jest w stanie zachwycić niejednego widza.

Głównymi bohaterami filmu są Kenji i Noi. Kenji jest Japończykiem, pracującym w tajlandzkim Centrum Kultury Japońskiej na stanowisku bibliotekarza. Mężczyzna pragnie popełnić samobójstwo, ale zawsze w kulminacyjnym momencie ktoś bądź coś mu przeszkadza. Natomiast Noi wraz z siostrą, Nod, pracuje w nocnym klubie i marzy o wyjeździe do Japonii. Drogi tej dwójki przecinają się w tragicznych okolicznościach – oboje tracą swoje rodzeństwo. Jak się okazuje łączy ich o wiele więcej niż utrata członka rodziny.

Powolny tok akcji oraz fabuła nie porywają, ale niewątpliwie mocnym punktem Last Life in the Universe są bohaterowie. Kenji jest odludkiem w każdym calu. Fascynuje go śmierć i często rozmyśla nad możliwościami popełnienia samobójstwa. Nie zna dobrze tajskiego, ani angielskiego, więc nie nawiązał trwałych znajomości w Tajlandii. Jedynie jego przełożona wydaje się go zauważać. Na jego dziwaczne usposobienie składa się także mania czystości. Mieszkanie mężczyzny jest sterylnie czyste, ubrania, buty posegregowane według kolorów i dni tygodnia. Brat Kenji’ego również przebywa w Tajlandii, gdzie ukrywa się przed bossem yakuzy. Jak się okazuje Kenji także jest członkiem yakuzy (o czym świadczy tatuaż na plecach), ale nie wiemy czy ma to jakiś związek z jego pragnieniem śmierci. W roli Kenji’ego możemy oglądać Tadanobu Asano (Ichi the Killer), którego określa się mianem ,,japońskiego Johnneg’o Deep’a”. Wstyd mi się przyznać, ale jest o pierwsza produkcja z jego udziałem, którą miałam okazję oglądać. Mimo to wiem, że na tej jednej nie poprzestanę, gdyż Tadanobu Asano spisał się kapitalnie. Z miejsca zaczęłam sympatyzować z małomównym, uprzejmym i wypranym z emocji Kenjim. Jego całkowitym przeciwieństwem jest Noi (Daran Boonyasak) – bezpośrednia, sympatyczna i nieprzebierająca w słowach młoda kobieta. Noi chce odciąć się od dotychczasowego życia oraz osobistej tragedii, która ją spotkała. Marzy o wyjeździe do Japonii by tam zacząć od nowa. Mieszkanie Noi jest istną kalką właścicielki – zaniedbane, zagracone meblami i śmieciami. Znajomość z Kenjim na zawsze zmienia jej życie. Mężczyzna nie tylko porządkuje jej dom, ale przede wszystkim doprowadza do ładu jej ducha i wypełnia pustkę. Oboje pragną dokładnie tego samego – bliskości z drugim człowiekiem, poczucia że nie są sami we Wszechświecie.

Postaci drugoplanowych praktycznie brak. Jedyną z istotniejszą bohaterek jest siostra Noi czyli Nid (Laila Boonyasak), którą zafascynowany był Kenji. Co ciekawe – filmowe siostry – Daran Boonyasak i Laila Boonyasak są siostrami w rzeczywistości. Nid pojawia się nieoczekiwanie w dalszej części filmu gdy zamiast Nod to ona siedzi na kanapie z Kenjim w charakterystycznym szkolnym mundurku. Nie do końca rozumiem czemu miało to służyć….

Dla wszystkich fanów kina japońskiego reżyser zgotował nie lada niespodziankę. Otóż sam Takashi Miike (japoński reżyser, gdyby ktoś nie wiedział :)), pojawia się w epizodycznej, ale bardzo wymownej roli bossa yakuzy. Pod koniec filmu w scenie na lotnisku Takashi Miike brawurowo wykorzystuje dane mu 5 min przed kamerą. Z japońskim reżyserem związane jest także nawiązanie do jego filmu Ichi the Killer, w której główną rolę grał nie kto inny jak Tadanobu Asano.

Wykonanie filmu stoi na wysokim poziomie, a Christopher Doyle (HeroInfernal AffairsChungking Express, 2046, In the Mood for Love, Happy Together) po raz kolejny udowadnia jak dobrym operatorem filmowym jest. Zastosowane kadry, ich kompozycje plastyczne budują niepowtarzalny klimat. Nawet przy nieporywającej fabule film wciąga obrazem. Kolorystyka jest ograniczona – większość kolorów to wyblakłe odcienie zieleni, bieli, brązu, szarości. Bardzo podobał mi się wystrój domu Nod (wraz z podwórzem oraz zaniedbanym basenem). Także mieszkanie Kenji’ego wpasowuje się w charakter bohatera – minimalizm, porządek, chłodna kolorystyka, całe mnóstwo książek. Niestety nie porwała mnie oprawa muzyczna, gdyż jestem zwolenniczką maksymalnego wykorzystywania muzyki w tle. W przypadku Last Life in the Universe element ten został ograniczony do minimum. Kompozytorem jest – Hualongpong Riddim i wydaje mi się, że można było w większym stopniu wykorzystać jego umiejętności, gdyż wykorzystana muzyka dobrze scala się z obrazem. W kwestiach technicznych film ogląda się przyjemnie i nawet efekty specjalne, które towarzyszą, znajdującej się pod wpływem narkotyków Nod przy samo-sprzątającym się domu z czystym sumieniem mogę zaliczyć do udanych. Zaskoczyła mnie duża ilość ścielących się trupów, gdyż po dramacie o samobójcy nie spodziewałam się takiego rozlewu krwi.

Może się wydawać, iż Last Life in the Universe to przygnębiający dramat, ale o dziwo nie odniosłam takiego wrażenia. Reżyser wykazał się zdumiewającą umiejętnością rozładowania ponurego wydźwięku filmu. A wszystko to dzięki scenom rodem z czarnych komedii. Już sam fakt nieudolności Kenji’ego w popełnieniu samobójstwa może miejscami wzbudzić uśmiech na twarzy np. gdy kładzie się pod kołami samochodu Nod, bądź ciągły hałas, który rozprasza go przed samym aktem samobójstwa. Innym przykładem jest beznamiętne sprzątanie ciał po masakrze w mieszkaniu Kenji’ego. Kolejnym – bohaterowie są dla siebie obcokrajowcami, toteż porozumiewają się łamaną angielszczyzną. Bariera językowa przekłada się na ograniczoną ilość dialogów. Pomimo wielu scen, w których dominuje cisza nie nudziłam się ani chwili podczas seansu. Zarówno Tadanobu Asano jak i Daran Boonyasak stworzyli na tyle wiarygodne postacie, że dialogi schodziły na drugi plan. Niestety zawiodłam się na chemii pomiędzy Nod i Kenji’m. Być może jest to wina scenariusza, że wątek romantyczny w ogóle mnie nie zainteresował, nad czym boleję. Pod koniec było mi obojętne czy będą razem, czy też nie. Zakończenie nie jest jednoznaczne i widz sam musi dopowiedzieć sobie co tak naprawdę miało miejsce.

Przez cały film przewija się motyw jaszczurki – bohaterki bajki dla dzieci. Pointę stanowi tytuł niniejszej recenzji. Dla mnie Last Life in the Universe to film o samotnej dwójce ludzi, którzy mają już spory bagaż doświadczeń (ale tego można się jedynie domyślać, gdyż nie poznajemy ich przeszłości). Los chciał, że spotykają się w odpowiednim miejscu i czasie. Pomimo różnic językowych znajdują nić porozumienia i szansę na swoiste katharsis. Polecam, gdyż według mnie jest to tytuł obowiązkowy dla każdego fana azjatyckiej kinematografii.

Ocena: 8/10

Trailer

Beautiful Boxer

1. Dane podstawowe.บิวตี้ฟูล บ๊อกเซอร์

Tytuł: Beautiful Boxer ( บิวตี้ฟูล บ๊อกเซอร์)

Kraj: Tajlandia

Rok produkcji: 2004

Czas trwania: 118 min

Obsada: Asanee Suwan

Gatunek: dramat.

2. Fabuła.

Film oparty na prawdziwych wydarzeniach.

Biograficzna historia tajlandzkiego zawodnika muay-thai –  Nong Thoom, który przeszedł operację zmiany płci.

3. Muzyka.

Przyznam się, iż w trakcie oglądania muzyka w ogóle nie wywarła na mnie wrażenia i rzadko kiedy zdawałam sobie sprawę z jej ,,obecności”. Zaletą jest kilka ładnych utworów wzorowanych na tradycyjne, tajlandzkie motywy.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

W trakcie seansu im dalej w fabułę tym bardziej nie podobała mi się gra głównego aktora, czyli Asanee Suwan. Jego zachowanie wydawało mi się wymuszone i groteskowe. Zamiast postaci, która by mnie poruszyła otrzymałam klauna, który ubiera się w różowe podkoszulki, dziwacznie się maluje i mówi, zachowuje się w najbardziej stereotypowy sposób jaki można przypisać transwestycie/homoseksualiście. W tym miejscu chciałabym podkreślić, że jestem osobą bardzo tolerancyjną – i chyba to przez wzgląd na to, aż tak raziło mnie zachowanie filmowego Nong Thoom. Takie odczucia towarzyszyły mi w trakcie seansu, jednak zmieniłam trochę zdanie, gdy obejrzałam filmik z prawdziwą walką Nong Thoom w Japonii (link). I chociaż film jako całość dalej pozostał w moim odczuciu przeciętny, to zmieniłam moją opinię na temat gry aktorskiej Asanee Suwan. Bardzo dobrze poradził sobie z odzwierciedleniem granej przez siebie postaci, a wszelkie przeszkadzające mi elementy wynikały po prostu z tego, że właśnie w taki sposób zachowywał się prawdziwy Nong Thoom. Odnośnie przygotowania sportowego – nie było mowy o jego braku, gdyż Asanee Suwan to zawodowy kickbokser. Postaci drugoplanowych jest dużo, jednak to nie na nich skupiała się fabuła, a co za tym idzie nikogo, poza Nong Thoom, nie poznajemy bliżej.

5. Wykonanie techniczne.

Nie jestem znawczynią muay-thai, jednak mi osobiście, sceny walk przypadły do gustu. Były widowiskowe, dobrze skadrowane. Co do reszty – momentami miałam wrażenie, iż reżyser stara się wydobyć więcej liryczności z obrazu niż to potrzebne. Ciężko mi to określić, ale np. sceny związane z wizjami Nong Thoom – były bardzo dobre, a pozostałe odstawały od nich i to znacznie – stąd trudno mi jednoznacznie określić zdjęcia, montaż itp. Powiedzmy, że elementy te były dobre, ale nic poza tym.

6. Ogólna ocena.

Beautiful Boxer to jeden z tych filmów, które ciężko mi jednoznacznie ocenić. Wydaje mi się, iż film miał potencjał i to olbrzymi. Historia jest intrygująca, ale zabrakło pomysłu na jej sprzedanie. Z jednej strony tytuł ten jest prosty w odbiorze, ale przy tak oryginalnej tematyce można było się pokusić o wielopłaszczyznowość przekazu, zgłębienie w psychikę bohatera, jego motywy, obawy. Tych elementów było zbyt mało. Oczywiście doceniam sceny, które wywarły na mnie największe wrażenie, czyli np. scena tańca na ringu, bądź gdy zdaje sobie sprawę, iż dał się wciągnąć w grę, w której jest jedynie uczestnikiem cyrku… czy też siedzące obok siebie postaci Nong Thoom z rożnych etapów jego życia. Spodobał mi się także początek filmu, w którym widzimy jak główny bohater tłumi swoją ,,kobiecą stronę” – poprzez bycie mnichem, a później jako zawodnik brutalnego sportu, jakim niewątpliwie jest muay-thai. Ostatecznie okazuje się, że nie można uciekać od tego kim się naprawdę jest, gdyż tylko akceptując siebie można być szczęśliwym. Jednak tak jak wspomniałam wcześniej – denerwowało mnie, iż sprawę kobiecości sprowadzono jedynie do makijażu, a do tego na końcu dowiadujemy się, iż po operacji Nong Thoom już nie obawia się umalować w publicznej toalecie…Nie wydaje mi się, by całe życie tylko o to walczył. Jeszcze jedno zdanie na temat otrzymanych przez Beautiful Boxer nagród – nie umniejszam ich znaczenia, ale chyba zachwyt nad tym filmem wynika jedynie z poruszanej tematyki. Podsumowując – spłycenie problemu głównego bohatera odebrało szansę temu filmowi na bycie czymś więcej niż filmem biograficznym. Polecam obejrzeć by samemu wyrobić sobie opinię na temat tego tytułu, gdyż ile osób tyle spostrzeżeń.

Ocena: 5/10

Ong Bak

1. Dane podstawowe.Ong Bak: The Thai Warrior

Tytuł: Ong Bak (องค์บาก, muay thai warrior, Ong Bak: The Thai Warrior)

Kraj: Tajlandia

Rok produkcji: 2003

Czas trwania: 108 min

Obsada: Thatchakon Yiram

Gatunek: akcja, sztuki walki, przygodowy.

2. Fabuła.

Spokój niewielkiej tajlandzkiej wioski burzy kradzież głowy statuy lokalnego bóstwa. Młodzieniec Ting zostaje wyznaczony do odnalezienia i sprowadzenia z powrotem do wioski zaginionej głowy posągu. Nie wie jeszcze, że przyjdzie mu się zmierzyć z wielkim bossem mafijnym i jego szajką.

Czytaj dalej