Come Rain Come Shine


Tytuł: Come Rain Come Shine ( Love You, I Don’t Love You, Saranghanda, Saranghaji Ahnneunda, 사랑한다, 사랑하지 않는다)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2011

Czas trwania: 105 min

Reżyseria: Lee Yoon-Ki

Scenariusz:  Lee Yoon-Ki

Obsada: Hyun-BinLim Soo-Jung

Gatunek: melodramat

Milczące rozstanie w strugach deszczu

Come Rain Come Shine to film zrealizowany przy minimalnych funduszach. Nawet odtwórcy głównych ról – Hyun-Bin i Lim Soo-Jung nie wzięli za udział w nim  grosza. Tytuł ten został wyselekcjonowany do udziału w 61. Międzynarodowym Festiwalu w Berlinie. Jednakże powiedzieć, iż został chłodno przyjęty to chyba najłagodniejsze określenie. Niestety brak zachwytu publiczności uważam za jak najbardziej uzasadniony.

Inspirację dla reżysera stanowiła nowela The cat that can never come back autorstwa Areno Inoue. Sam film jest historią małżeństwa z 5 letnim stażem. Kobieta postanawia zostawić męża. Informuje go o tym bez zbędnych ceregieli w trakcie jazdy samochodem. Mężczyzna przyjmuje jej decyzję ze stoickim spokojem. Wracają do mieszkania gdzie Mężczyzna pomaga żonie się spakować. Jednak potężna ulewa opóźnia wyjazd Kobiety. Czy ich małżeństwo jest definitywnie skończone? A może wciąż jeszcze tli się płomyk nadziei?

Fabuła brzmi całkiem ciekawie, a osoby, które od dłuższego czasu śledzą moje recenzje wiedzą, iż chętnie sięgam po filmy niezależne tzwn. indie.  Z przykrością muszę stwierdzić, że nawet moja wytrwałość na nic się tu zdała. Już pierwsza 10 min statyczna scena jazdy samochodem wynudziła mnie niemiłosiernie… Później jest już tylko gorzej.

Jednak po kolei, najpierw kilka słów o bohaterach, których imion nie poznajemy. Mężczyzna (w tej roli Hyun-Bin, który stał się gwiazda dzięki udziale w dramie Secret Garden) jest architektem i nie grzeszy rozmownością czy też wylewnością uczuć. Tajemnicza postać, która nie uzewnętrznia swoich uczuć przez co Hyun-Bin nie miał jakoś wybitnie trudnego zadania w wykreowaniu swojego bohatera. Wspomniane cechy charakteru zaważyły na decyzji Kobiety –  w tej roli Lim Soo-Jung (Sad movieI’m a Cyborg, But That’s OK…ing), gdyż ma za złe mężowi, że nie gniewa się na nią, a przecież to ona go zdradziła. Zamiast tego, jak gdyby nigdy nic, pomaga się jej spakować i przygotowuje kolację. Bardzo podobała mi się Lim Soo-Jung jako Kobieta. Zagrała wiarygodnie i mimo sporadycznych dialogów widać jak bije się z myślami w trakcie palenia papierosa, picia kawy. Możemy domniemać, że nie jest jej łatwo zostawić męża i prawdopodobnie cały czas czeka na jego reakcję. Postacie drugoplanowe to sąsiedzi – małżeństwo, które z tupetem wkracza do mieszkania głównej pary w poszukiwaniu zaginionego kotka.

Zdecydowana większość scen (jakieś 90%) ma miejsce w mieszkaniu Kobiety i Mężczyzny. Sprawia on wrażenie nawiedzonego, ponieważ jest spowity w mroku i jedyne co słychać to odgłos padającego deszczu. Przez ,,nawiedzenie” nie mam na myśli duchów, co raczej wspomnienia małżeństwa. Każdy przedmiot, szklanka, talerz, mebel, figurka stanowi część ich wspólnej historii i retrospekcję ich uczuć.

Paleta kolorów ogranicza się do szarości i pasteli. Dużo scen nakręcono przy ograniczonym oświetleniu, a twarze bohaterów wielokrotnie spowite są w mroku. Film obfituje w długie, statyczne ujęcia siedzących/stojących postaci, które albo zdawkowo rozmawiają, albo milczą (przeważa to drugie). Scenografia, minimalizm dialogów i brak muzyki potęgują wrażenie pustki między bohaterami, samotności, którą oboje odczuwają. Mimo to widać, że rozumieją się bez słów patrz. scena gotowania. Klimat jest zdecydowanie klaustrofobiczny i melancholijny. Poprzez ulewę bohaterowie stali się niejako więźniami we własnym domu. Wolno upływający czas sprawia, iż większość filmu sprawia wrażenie dziejącego się w czasie rzeczywistym. W tym konkretnym przypadku nie jest to zaletą.

Come Rain Come Shine byłam zmuszona oglądać na raty, gdyż wynudziłam się na nim niemiłosiernie. Trudno tu nawet mówić o fabule, bo ona praktycznie nie istnieje. Apatyczni, milczący bohaterowie snujący się po pokojach nie sprawiają, że film ogląda się przyjemnie. Wiem, że co niektórzy doszukiwali się symboliki w postaci kotka, ale według mnie to przesadne szukanie drugiego dna tam gdzie go nie ma. Dla mnie tytuł ten to prosta historia, przedstawiająca ,,kulturalne” rozstanie małżonków. Bez wrzasków, wyzwisk, wypominania sobie błędów. Ciężko wskazać jakąkolwiek grupę widzów, którym powinien tytuł ten przypaść do gustu. Ja się nudziłam i uważam, że zmarnowałam te blisko 2h. Jednakże jeśli ktoś jest bardzo cierpliwy i jest fanem kogoś z głównej obsady to zawsze może spróbować. Osobiście nie polecam.

Ocena: 2+/10

Trailer

9 uwag do wpisu “Come Rain Come Shine

  1. Eeee, no proszę Cię. Mnie się ten film bardzo podobał xD””

    • I taki jest urok kina ;D Ja się na nim wynudziłam a naprawdę zależało mi na obejrzeniu go przez wzgląd na główną obsadę. Jednak nie będę udawała, że film mi się podobał skoro tak nie było ;/

      • Pewnie xD Ale mnie zdziwiła Twoja recenzja, nie powiem xD To dobrze w sumie. Im więcej uwag/krytyki wokół jakiegoś filmu/książki/in., tym lepiej, ciekawiej xD

      • Ja chętnie skonfrontuję odczucia innych. Może gdyby był krótszy i nie zawierał sceny otwarcia z samochodem? Bo już przez nią bardzo się zraziłam do reszty.

  2. Zgadzam się z Agą. Bardzo słabiutki, zupełnie bez pomysłu i polotu obraz (jakim cudem znalazł się na festiwalu w Berlinie?). Jeśli to miała być metafizyczna podróż zakończoną głębszą refleksją, to prędzej można coś odnaleźć przy pieleniu ogródka czy czytaniu gazety w wiadomym miejscu. Brutalne, acz prawdziwe.

    Brawo, Aga! Również jestem zaskoczony twoją oceną. Twój gust i kunszt pisarski robi się coraz bardziej pikantny.

    • Podobno film został wygwizdany w Berlinie 😛 I jakoś specjalnie mnie to nie dziwi.

      Gee rozbawiłeś mnie swoim ostatnim zdaniem. Co jak co, ale moja pisanina nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek kunsztem :)) Mimo to dziękuję za miłe słowa.

  3. Witam, również nie mogę się zgodzić z Szanowną Aigneis. W filmie na pewno nie zobaczymy egzaltacji uczuć, ba nawet zwykłych ludzkich odruchów jakich moglibyśmy oczekiwać w sytuacji rozstania małżeństwa z 5 letnim stażem. Ja jednak podczas seansu ciągle miałem wrażenie że para bohaterów ciągle walczy w myślach z zaistniałą sytuacją. Te emocje buzowały „pod powierzchnia” tak bym to określił. Najlepiej obrazowały to sceny moim zdaniem gdy Kobieta kilkukrotnie wychodzi na deszcz i wraca do pokoju ( widać jej odbicie w lustrze jakby miało obrazować jej rozdarcie wewnętrzne), natomiast Mężczyzna próbuje przełamać swoją powściągliwość uczuć gdy został ugryziony/podrapany przez kota jednak ostatecznie rezygnuje z pocałunku, jakby godził się z losem , obawiał ze już jest za późno by cokolwiek zmienić. Film z pewnością wymaga od widza dużo cierpliwości swoją nieśpieszną fabuła jednak na pewno nie oceniałbym go tak surowo jak 2+/10. Podobało mi się również otwarte zakończenie w którym Kobieta przytacza słowa męża odnosząc się do kotka…
    Jak dla mnie jakieś 7+/10. W porównaniu do filmu o równie ślimaczym tempie „Pewnego razu w Anatolii”, który oglądałem dzień wcześniej , górą zdecydowanie kino azjatyckie 🙂 Polecam ale tylko bardzo cierpliwym fanom azjatyckiego kina!

    • Film zyskałby o wiele więcej gdyby nie był tak ślamazarny. Tam po prostu wiele się nie dzieje, a 2 bite godziny trzeba wysiedzieć przed ekranem. To nie na moje zdrowie ;)))
      Dziękuję za wyrażenie opinii. A surowa ocena to wyraz tego jak bardzo się zawiodłam na tym filmie, gdyż miał potencjał i liczyłam na znacznie więcej. Dałam upust mojej frustracji po seansie 😉

  4. Pingback: Perfect Proposal | Recenzje dram i filmów azjatyckich

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s