Harakiri


Seppuku

Tytuł: Harakiri (seppuku, 切腹)

Kraj: Japonia

Rok produkcji: 1962

Czas trwania: 133 min

Reżyseria: Kobayashi Masaki

Scenariusz: Hashimoto Shinobu

Obsada: Nakadai TatsuyaTanba TetsurouIwashita ShimaIshihama AkiraSatou KeiMatsumoto TatsuoMikuni RentarouIgawa Hisashi

Gatunek: dramat historyczny, kostiumowy, samuraje.

Bushidō vs moralność

Rytuał harakiri* jest nieodłącznym elementem wszelkiej maści filmów o samurajach. Wielu ten rytuał śmierci fascynuje, gdyż stanowił wyraz wyjątkowego poczucia honoru oraz chęci odkupienia win. I właśnie ten ceremoniał jest tytułem i głównym tematem filmu w reżyserii uznanego japońskiego reżysera Kobayashi Masaki.

Na wstępie chciałabym podkreślić, że po harakiri sięgnęłam przez wzgląd na re-make tegoż tytułu z 2011r. w reżyserii Takashi Miike. Spotkałam się z komentarzami, że pierwowzór bije na głowę re-make i chciałam sama się o tym przekonać. Ku mojemu zdziwieniu (film w końcu ma swoje lata i jakoś podświadomie jestem uprzedzona do filmów starszych od moich rodziców…) Harakiri wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Film bazuje na powieści Yasuhiko Takiguchi. Fabuła może i nie porywa, gdyż akcja ma miejsce w 1630r., w okresie Edo, gdy w kraju panuje pokój a wielu rōnin’ów (samurajów pozbawionych pana) popada w trudną sytuację materialną. Hrakiri rozpoczyna się nakreśleniem przez narratora tła wydarzeń. Poznajemy młodego ronina – Chijiiwa Motome, który przybywa do siedziby klanu Iya z prośbą o zgodę na harakiri. Wielu przed nim odmawiano i odprawiano wraz z niewielką sumą pieniędzy. Jednakże z chwilą, gdy Saitou Kageyu, dowiaduje się, że Motome przyniósł ze sobą bambusowy miecz postanawia uczynić z niego niechlubny przykład dla chcących pójść w jego ślady.  Co bardziej oddani bushidō utratę pana uważali za plamę na honorze, hańbę i woleli zginąć niż żyć w poniżeniu. Jednym z takich ronin’ów jest Hanshirō Tsugumo, który także przybywa do siedziby klanu Iyi z zamiarem zapytania o zgodę na rytualne odebranie sobie życia. Zanim jednak do tego dojdzie prosi zebranych o wysłuchanie jego historii, zwieńczonej nieoczekiwaną konkluzją, nawiązującą do  postaci Motome.

W rolę Tsugumo Hanshirou wcielił się rewelacyjny  Nakadai TatsuyaCzęsto narzekam na współczesnych japońskich aktorów, że nie potrafią wyzbyć się przesadnej ekspresji. Jednakże Nakadai Tatsuya to zupełnie inna galaktyka. Jego bohater –  Tsugumo Hanshirou emanuje stoickim spokojem, mimika, gestykulacja są ograniczone do minimum. Pomimo tego bez trudu czuć jakie emocje w sobie skrywa, jego wzrok wyraża nienazwany smutek, bezsilność. Gdy jasny staje się cel jego przybycia do siedziby klanu Iyi postawa dojrzałego samuraja oddziałuje na widza ze zdwojoną siłą.Pozostała część głównej obsady –  Ishihama Akira jako zdesperowany Chijiiwa Motome, Mikuni Rentarou jako nieobliczalny Saitou Kageyu oraz Iwashita Shima jako córka Hanashirou – Miho, również mnie zachwyciła. Choć nie mieli aż tak dużego pola popisu co wspomniany  Nakadai TatsuyaJeżeli podobnie aktorsko wyglądają inne japońskie filmy z lat 60. to jedynie mogę pluć sobie w brodę, że tak długo zwlekałam z ich zapoznaniem się.

Ciężko mi skomentować zarówno wykonanie, jak i sam film. Niewątpliwie jest to arcydzieło kina (nie tylko japońskiego) i dlatego też z tak wielkim trudem przychodzi mi napisanie tej recenzji. Przede wszystkim nie uważam się za znawczynię filmów o samurajach – widziałam zaledwie kilka i to wieki temu. Jednak patrząc na Harakirinawet okiem takiego laika jak ja nie sposób nie zachwycać się obrazem. Pomimo faktu, że film jest czarno-biały to oczarowało mnie umiejętne wykorzystanie oświetlenia – zwłaszcza przy ujęciach zbroi przodków klanu Iyi. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie niewielka liczba pojedynków. Nie ukrywam, że starcia te nie były realistyczne, ale przez swoją teatralność idealnie pasowały do charakteru tego dzieła. Lokacje ograniczono do zaledwie kilku, a większość scen umiejscowiona jest w ogrodzie (?) w siedzibie klanu Iyi. Niesamowite wrażenie sprawia postać  Saitou Kageyu ,który góruje nad Tsugumo przez co aż czuć z ekranu jego wyższość, autorytet. Jedną z moich ulubionych scen jest pojedynek na porośniętej trawami, które smaga wiatr, nizinie.

Słowa uznania należą się za scenariusz i dialogi – Tsugumo mimo wielkiego szacunku dla wyższych od siebie stanem samurajów, dzięki odpowiednio dobranym słowom, zapędza ich wielokrotnie w ślepy zaułek, kierując rozmowę dokładnie tam gdzie chce. Poza tym reżyser, Kobayashi Masaki, dzięki historii w historii (forma szkatułkowa? a przynajmniej taka byłaby w literaturze) manipuluje odczuciami widza. Początkowo sądzimy tak jak przywódca klanu, że Motome to pozbawiony honoru człowiek, któremu zależy jedynie na pieniądzach. Jednakże wraz z przybyciem Tsugumo zaczynamy rozumieć desperację i sytuację młodego samuraja. Widz mimowolnie przejmuje się losem bohaterów i zaczyna z nimi sympatyzować.

Harakiri jest filmem ponadczasowym. Nie trudno dostrzec co reżyser chciał przekazać. W sztywnym, sformalizowanym społeczeństwie tymi, którzy cierpią, są honorowi, pełni szlachetności ludzie, z kolei tchórze i hipokryci piastują wysokie stanowiska. Mit o kodeksie samurajów zderzył się z brutalną rzeczywistością, a wielcy przywódcy zapominają o wartościach, których tak pieczołowicie strzegli ich przodkowie. Upadek zbroi traktowanej jako relikt czasów minionych jest smutnym odniesieniem do sytuacji klasy samurajów, będących, tak jak zbroja, pustą w środku. Tsugumo i Motome walczą o to co dla nich najważniejsze – rodzina, dobro ukochanej osoby. Potrafią pogodzić bushido z poczuciem moralności, a właśnie tego brakuje ich zwierzchnikom, którzy nie chcieli nawet usłyszeć dlaczego Motome pilnie musi na kilka dni wrócić do domu, albo dlaczego miał przy sobie bambusowy miecz…Im więcej wiemy o człowieku tym lepiej jesteśmy w stanie zrozumieć jego sytuację, pobudki, decyzje.

Jak nie trudno zauważyć film całkowicie mnie usatysfakcjonował, a na listę „do obejrzenia” trafiło kilka kolejnych tytułów z lat 50-60. Komu polecić? Wszystkim fanom dobrego kina. Takich filmów nie spotyka się na każdym kroku. Być może wielu znudzi jego nieśpieszność, długie ujęcia, a także fabuła, w której niespecjalnie dużo się dzieje. Niemniej przedstawiona historia porusza i wciąga bez reszty. Mało tego – nie można przegapić rewelacyjnego występu Nakadai TatsuyaTrudno znaleźć mi jakiekolwiek większe wady, gdyż nawet muzyka ( głównie charakterystyczne staro-japońskie instrumenty) idealnie komponowała się z całą resztą. Co ciekawe reżyser jest uznawany za pacyfistę i choć walczył w II wojnie światowej to odmówił awansu, chcąc pozostać zwykłym szeregowym…Jak widać nie tylko jego bohaterowie są przykładem wspaniałych wartości.

Ocena: 9+/10

Trailer

Z tego co udało mi się wywnioskować z rożnych źródeł to jako seppuku określa się samo wbicie miecza i rozcięcie brzucha, a harakiri to cały rytuał śmierci zwieńczony ścięciem głowy przez sekundanta. Jeżeli się mylę to proszę znawców o sprostowanie.

2 uwagi do wpisu “Harakiri

  1. Brawo! Pierwszy klasyk zaliczony! Oby tak dalej 😉

  2. No propo Harakiri a Sepuku to ja słyszałam, że w sumie niczym się to nie różni tylko że jedno jest ładniejsze czy tam bardziej kulturalne 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s