My Way

마이웨이

Tytuł: My Way (Mai Wei, 마이웨이)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2011

Czas trwania: 145 min

Reżyseria: Kang Je-Gyu

Scenariusz: Kang Je-Gyu, Na Hyun, Kim Byung-In

Budżet: 25 mln $

Obsada: Jang Dong-GunJoe OdagiriBingbing FanKim In-Kwon

Gatunek: dramat, wojenny.

Wojenna fikcja oparta na prawdziwych wydarzeniach

Filmy, które reklamują się jako ,,oparte na faktach” zawsze przykuwają moją uwagę. W końcu życie pisze najlepsze scenariusze, dlatego też My way wyczekiwałam z niecierpliwością i byłam przygotowana na wszystko co najlepsze może dać koreańska filmografia wraz z reżyserem wielkiego wojennego hitu Tae Guk Gi: The Brotherhood of War – Kang Je-Gyu. Równie wielkie jak moje oczekiwania było rozczarowanie, które towarzyszyło mi praktycznie od pierwszych minut seansu.

My way zaczyna się dość nietuzinkowo, ponieważ jest rok 1928, kiedy to Korea znajduje się pod okupacją Cesarstwa Japonii. Syn bogatych Japończyków – Tatsuo, przybywa z rodzicami do ich posiadłości w Korei, w której to pracuje rodzina Joon-Sik’a. Chłopcy od razu zaczynają ze sobą rywalizować, ponieważ okazuje się, że oboje są zapalonymi miłośnikami biegów. Wraz z upływem lat wspólnie startują w maratonach, a w związku z zamieszkami przy jednym z nich,  Joon-Sik zostaje siłą wcielony do armii japońskiej i wyrusza na front przeciwko Sowietom. Spotyka się tam z Tatsuo, który jest oficerem w cesarskiej armii. Tak rozpoczyna się ich wspólna podróż po polach bitew II wojny światowej.

W rolach głównych możemy oglądać azjatyckie gwiazdy filmowe, czyli Jang Dong-Gun (Tae Guk Gi: The Brotherhood of War, Friend, Typhoon, Gentleman’s Dignity) z Korei Południowej, Joe Odagiri (Dream, The Warrior And The Wolf, Shinobi )z Japonii oraz Bingbing Fan (Buddha MountainShaolinLost in Beijing) z Chin. Całą trójkę miałam okazję oglądać w różnych produkcjach i nie raz udowodniła, że są dobrymi aktorami. Niestety w My way zabrakło mi wyrazistych kreacji aktorskich. Wnioskuję, iż przyczyną jest niedopracowany scenariusz. W postać Kim Joon-Sik wciela się wspomniany Jang Dong-Gun, który wiele kwestii w filmie wypowiada po japońsku i wypadł przy tym bardzo naturalnie. Jeszcze zanim film rozkręcił się na dobre zwróciłam uwagę na fakt, iż aktor ten (z całym szacunkiem) wygląda za staro jak na swojego bohatera – w końcu młodego, energicznego człowieka. Kim Joon-Sik jest przykładem osoby, która dąży do spełnienia swoich marzeń. Ciężko pracuje na swój sukces w sporcie i nawet podczas wojny nie rezygnuje z treningów. Jego odwiecznego rywala, Tatsuo Hasegawa, gra Joe Odagiri. Tak naprawdę jest to jedyny bohater ewoluujący, zmieniający swój pogląd na życie i ludzi, na przestrzeni filmu. Widać to dobitnie w świetnej scenie, gdy Tatsuo widzi jak sowiecki oficer strzela do wycofujących się z pola bitwy pobratymców – to samo robił Tatsuo, będąc dowódcą w cesarskiej armii. Okazuje się, że wojna jest bezsensowną, okrutną rozgrywką po obu stronach barykady, a punkt widzenia zleży od miejsca siedzenia.  Zarówno Tatsuo jak i Joon-Sik są lojalni wobec swojego kraju, honorowi, odważni i w pewnym momencie ich rywalizacja staje się impulsem do bliskiej więzi pomiędzy nimi (do tego stopnia, że są gotowi poświecić za siebie życie). Z kolei Bingbing Fan przypadła rola chińskiej snajperki Shirai. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że w koreańskich produkcjach wojennych kobiety obsadza się w rolach wyborowych snajperów (natomiast w zachodnich produkcjach jako pielęgniarki), ale jej postać była całkowicie zbędna i nic nie wnosiła do filmu. Początkowo sądziłam, że szykuje się jakiś romans, ale nic z tych rzeczy. Za pomyłkę uważam wymienianie Bingbing Fan jako reprezentantkę głównej obsady, ponieważ równie szybko jak się pojawiła, zniknęła na dobre. Osobiście nie czułam się zżyta z żadnym z bohaterów, ich losy były dla mnie całkowicie obojętne. Zabrakło mi większej dawki emocjonalnej, ukazania różnych oblicz bohaterów, a zamiast tego są jednowymiarowi. Jak to bywa przy produkcjach wojennych mamy całe tabuny bohaterów drugoplanowych, tych bardziej i tych mniej istotnych. Najbardziej wyrazisty z nich jest Kim In-Kwon (HaeundaeHauntersSecret) ,,wiecznie na drugim planie”, który wciela się w przyjaciela Kim Joon-Sik. Jedna z ciekawszych postaci, zaskakuje jego przemiana pod wpływem doświadczeń w czasie wojny.

Choć bohaterowie oraz fabuła nie powalają na kolana, to polecam go obejrzeć wszystkim, którzy cenią sobie widowiskowe efekty batalistyczno-pirotechniczne. Pod tym względem jest to kapitalny obraz z wieloma scenami, które potrafią odjąć mowę. My way okrzyknięto najdroższym filmem w historii koreańskiej filmografii i naprawdę widać te 25mln$, które wykorzystano na realizację. Mamy tu dosłownie wszystko, co można pokazać w filmie wojennym – czołgi, wybuchy, setki ciał poległych żołnierzy, samoloty, naloty, miny, desant morski, walki zimą, wiosną, na plaży, w mieście, w bunkrach, w okopach, na wolnym powietrzu -i czego tylko dusza zapragnie. W skrócie – szczęka opada. Byłam pod wielkim wrażeniem realizmu bitew, które zrobiono z rozmachem nie mniejszym niż w hollywoodzkich produkcjach. Mimo wszystko tego realizmu zabrakło w kliku momentach np. gdy Shirai zestrzeliwuje samolot jednym strzałem z karabinu snajperskiego…(no błagam!). Tak czy inaczej urzekły mnie detale, akcja dziejąca się na drugim planie, ukazanie działań zbrojnych z lotu ptaka. Z wielką przyjemnością obejrzałabym My way ponownie, ale tym razem w kinie. Z jednej strony właśnie takiej epickości oczekuję od najlepszych filmów wojennych, jednak z drugiej co za dużo to niezdrowo. I tak np. w scenach największych bitew praca kamery była aż zbyt dynamiczna, co powodowało istny chaos i nie wiedziałam na czym mam się skupić – czy na pierwszym planie, czy na tym co dzieje się na drugim, a może po prostu spróbować objąć wzrokiem wszystko. Nie miałam dostatecznego czasu, aby podziwiać detale. Reżyseria stoi na bardzo dobrym poziomie, choć edycja momentami mogłaby być lepsza. Trochę zawiodłam się na edycji dźwięku i wciąż moim ideałem pod tym względem pozostaje Into The Fire. Jak już wywołałam kwestię dźwięku do tablicy, to należałoby skomentować oprawę muzyczną.  Muzyka jest ładna, dobrze dopasowana, ale zbyt patetyczna (ale to standard przy wojennych filmach).

Jak na film reklamujący się jako ,,oparty na faktach” jest w nim zbyt mało realizmu. Przede wszystkim sam reżyser przyznał, iż jedyny element filmu zgodny z prawdą historyczną, to to, iż znaleziono ciało (?) koreańskiego żołnierza w niemieckim mundurze podczas D-Day. Jak się później okazało służył w trzech armiach. Natomiast cały główny wątek dwóch rywalizujących ze sobą maratończyków jest wyssany z palca. I oczywiście ten brak realizmu rzuca się w oczy, gdyż  jest zbyt wiele przypadkowych spotkań, brak tłumacza np. podczas pobytu w sowieckim obozie jenieckim (scena z deptaniem flagi przez Tatsuo),  bieganie maratonu praktycznie bez wysiłku, nasi bohaterowie powinni zginąć co najmniej kilka razy, ale oczywiście wychodzą żywi z każdej opresji, jak na ironię zawsze stają po złej stronie barykady, zbyt naciągane było dla mnie także wcielenie Azjatów do armii radzieckiej…Poza tym wydaje mi się, że jeśli ktoś w ogóle nie orientuje się w historii II wojny światowej może czuć się zdezorientowany. Tak na dobrą sprawę to nie wiadomo kto walczy z kim, dlaczego i jaki jest rezultat walk. Standardowo jest tu także mnóstwo patosu, heroizmu, braterstwa. Koreańczycy zostali wykreowani na dumny, bohaterski naród, po drugiej stronie mamy bezwzględnego okupanta – Japończyków. Tok wydarzeń, chociaż zmienia się otoczenie i kraje, jest wciąż ten sam – wcielenie siłą do armii, bitwa, przegrana, ratowanie się wzajemne, cudem uniknięcie śmierci i tak w kółko.

Tak czy inaczej, nie jest to film zły, ale daleko mu do ideału. Według mnie spokojnie można by było zrobić z niego dwa oddzielne filmy, zwłaszcza, że jest bardzo długi. Jeden o dwóch maratończykach, którzy najpierw ze sobą rywalizują by zżyć się ze sobą jak bracia,  a drugi o dwóch wrogach (Koreańczyk-Japończyk), walczących ramię w ramię na różnych frontach II wojny światowej. Film przyciąga oryginalnością tematyki, ponieważ jest to pierwszy film azjatycki, który oglądałam, a który porusza tematykę II wojny światowej, a nie np. wojny koreańskiej. Wykonanie techniczne stoi na bardzo wysokim poziomie i pod tym względem powinien usatysfakcjonować nawet najbardziej wybrednego widza. Fabuła i bohaterowie nie są mocnym punktem filmu, ale dla kogoś kto chce nacieszyć oczy brawurowymi kadrami z bitew, jest to „must see”.

Ocena: 6+/10

Polskie napisy do Architecture 101

Dla wszystkich osób, które chciałyby obejrzeć Architecture 101 (moja recenzja tego filmu niedawno pojawiła się na blogu) z polskimi napisami, mam dobrą wiadomość. Otóż Farfi Ultrapredator postanowił udostępnić swoje tłumaczenie na moim blogu. Link do napisów: KLIK.

Zapraszam do oglądania i komentowania!

Z widomych względów nałożyłam hasło na napisy, ale nie jest ono odkrywcze, choć gdyby ktoś miał problemy to proszę o kontakt na: madebyazja@gmail.com

I’m a Cyborg, But That’s OK

싸이보그지만 괜찮아

1. Dane podstawowe.

Tytuł: I’m a Cyborg, But That’s OK (Ssaibogeujiman Gwaenchanha, 싸이보그지만 괜찮아)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2006

Czas trwania: 105 min

Reżyseria:  Park Chan-Wook

Scenariusz:  Jeong Seo-Kyeong, Park Chan-Wook

Budżet: 3 mln$

Obsada: Lim Soo-JungRain

Gatunek: romans, science fiction .

2. Fabuła.

Cha Young-Goon od dziecka wierzy, że jest cyborgiem. Pewnego dnia trafia do szpitala psychiatrycznego po tym jak w pracy, podczas składania radia, rozcina sobie żyły i próbuje się naładować dzięki podłączeniu do przewodów radia. W placówce poznaje wiele nietuzinkowych osób m.in. kobietę bez wspomnień oraz młodego mężczyznę – Park Il-Sun, który wierzy, że potrafi okradać innych z ich zdolności, cech charakteru. Wkrótce stan zdrowia Cha Young-Goon pogarsza się, gdyż kobieta nie przyjmuje „ludzkiego pokarmu”, który mógłby ją uszkodzić. Park Il-Sun postanawia jej pomóc.

3. Muzyka.

Oprawa muzyczna jest świetna, zróżnicowana, oryginalna – mnóstwo utworów multiinstrumentalnych, walc itp. Za muzykę odpowiada Jo Yeong Uk, który pracował przy m.in.: Sympathy for Lady VengeanceA Dirty Carnival, OldboyThe Quiet Family, MossThe Unjust– wydaje mi się, że tytuły te są najlepszą rekomendacją tego co możemy usłyszeć w tej produkcji. Jest to jeden z tych kompozytorów, którzy sprawiają, iż muzyka jest nie tylko dodatkiem do obrazu, ale też integralną jego częścią i uczestniczką wydarzeń. Namiastka tego co czeka widza podczas seansu: link 1, link 2. Może to nieodpowiednie porównanie, ale soundtrack kojarzy mi się z bajką dla dzieci, gdyż jest w większości pogodna, dynamiczna, sprawia, że uśmiech sam pojawia się na twarzy – zwłaszcza gdy widzimy krwawą jatkę w rytmie walca wiedeńskiego…

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Sporo osób zainteresowanych popkulturą azjatycką może kojarzyć I’m a Cyborg, But That’s OK dzięki występowi Rain’a (Full HouseFugitive: Plan B). Można nie lubić jego muzycznego dorobku, ale z pewnością jest przyzwoitym aktorem. Jako kleptoman-schizofrenik Park Il-Sun wypadł bardzo wiarygodnie, co nie było takie proste zważywszy na charakterystykę jego bohatera. Zapewne wielu innych aktorów ocierałoby się o śmieszność kicając jak królik,  wyciągając wżynające się spodnie w tylną część ciała, nosząc dziwaczne króliko-podobne maski, a na głowie mając wstążeczkę uplecioną z włosów. Natomiast Rain wywiązał się z powierzonej sobie roli świetnie, no i kto by przypuszczał,  że potrafi jodłować (swoją  drogą scena ta jest jedną z najbardziej surrealistycznych w całym filmie). W postać kobiety-cyborga wcieliła się Lim Soo-Jung (…ingSad movieWoochi, A Tale Of Two Sisters, Come Rain Come Shine, Finding Mr. Destiny), która do roli musiała schudnąć do wagi 39kg, ponieważ jej bohaterka głodziła się, obawiając popsucia części ludzkim jedzeniem. Cha Young-Goon wierzy, że jest cyborgiem i dlatego co jakiś czas musi się doładowywać (stopień zużycia energii wskazują jej kolory palców u stóp). Niestety dieta składająca się z baterii nie przynosi skutku, ale z pomocą przychodzi jej  Park Il-Sun, który obiecuje, że zbuduje dla niej specjalny adapter, zamieniający ludzkie jedzenie na potrzebną jej energię, bez szkody dla jej wewnętrznych obwodów. Lim Soo-Jung pokazała tą rolą kawał dobrego warsztatu i pomimo minimalizmu w mimice twarzy (w końcu jest cyborgiem…) to potrafiła przekazywać różnorodne emocje wzrokiem, gestami. Słowa pochwały należą się charakteryzatorom – gdyż ciężko było mi ją poznać, być może to wina utlenionych brwi i fryzury. Postaci drugoplanowe to pozostali pacjenci szpitala m.in. wspomniana już przeze mnie kobieta bez wspomnień Wang Kop-Dan – brawurowo zagrana przez Park Jun-Myeon (God’s Quiz). Skoro mamy zakład psychiatryczny, to oczywiście są tam również lekarze, pielęgniarki i pozostały personel. Jednak są oni jedynie statystami, gdyż nie należą do magicznego świata, w którym żyją ich pacjenci.

5. Wykonanie techniczne.

Gdy przy filmie widzę nazwisko takiego reżysera jak Park Chan-Wook  (trylogia zemsty: Sympathy for Mr. VengeanceOldboySympathy for Lady Vengeanceto o realizację mogę być spokojna. Co prawda ciężko porównywać I’m a Cyborg, But That’s OK z trylogią zemsty, ale nawet w tak odmiennej formie Park Chan-Wook pokazał swoją klasę. Film nosi znamiona komedii romantycznej (choć nie śmiałam podpiąć tego filmu pod ten gatunek) i stąd też dominują jaskrawe kolory, radosna muzyka, które sprawiają, iż film jest pogodny i ogląda się go bez zbędnego bagażu emocjonalnego. Wiele scen jest z elementami efektów specjalnych, stojących na dobrym poziomie. Były one niezbędne do ukazania surrealizmu świata chorych psychicznie ludzi. Stąd też jesteśmy świadkami lewitacji dzięki pocieraniu magicznych skarpetek, biedronkę gigant, nagłą zmianę lokacji z pokoju na Alpy, ale przede wszystkim rewelacyjną scenę , gdy Cha Young-Goon wystrzeliwuje pociski z palców, a z twarzy wypadają łuski naboi (podobno reżyserowi śniła się taka scena :)), czy też scenę, w której widzimy wnętrze mechanizmów cyborga (coś cudownego!).

6. Ogólna ocena.

I’m a Cyborg, But That’s OK nie jest filmem ciężkim, ale także do najlżejszych nie należy. Z pewnością nie jest to tytuł dla każdego widza, ponieważ wiele osób może być zdezorientowanym surrealizmem i absurdem poczynań bohaterów. Ale z drugiej strony – nie można wymagać od psychicznie chorych ludzi logicznego postępowania. Fabuła jest prosta jak drut, ale udało się jej zachować świeżość. W końcu w ilu filmach możemy zobaczyć rodzącą się miłość dwójki ludzi przebywających w szpitalu psychiatrycznym? Widać, ze reżyser nie obawia się trudnej tematyki i próbował stworzyć coś niepowtarzalnego, coś co zapada w pamięci widza. Wiele scen jest urojeniami chorych umysłów, które idealnie stapiają się z rzeczywistością do tego stopnia, że wydają się całkiem normalne. Z olbrzymią ulgą przyjęłam fakt, iż nikt nie próbuje nam udowadniać, że bohaterowie tak naprawdę są w pełni władz umysłowych i do zakładu trafili przez przypadek. Wręcz przeciwnie mamy wiele dowodów na słuszność ich diagnozy. Co ciekawe – nikt nie neguje wprost deklaracji Cha Young-Goon o byciu cyborgiem. Nawet jej matka wydawała się być pogodzona z tą myślą. W tym kontekście tytuł filmu jest jak najbardziej trafiony. Choć film utrzymany jest w lekkim tonie, to pod komiczną przykrywką możemy doszukać się wielu poważnych tematów np. zaburzenia żywienia (wynik traumy), celową izolację od społeczeństwa, aby chronić się przed złem tego świata, czy też to, że miłość nie ma granic i każdy człowiek (czy to chory, czy zdrowy) ma do niej prawo. Cha Young-Goon musi uporać się ze swoimi ludzkimi uczuciami, aby móc w pełni funkcjonować jako cyborg. Uczucie, które zrodziło się pomiędzy dwójką chorych ludzi, okazało się być dla nich zbawienne. On w końcu odnalazł cel w życiu, czyli pomoc Cha Young-Goon za wszelką cenę, dzięki czemu uzyskał nadzieję na nadanie swojemu istnieniu sensu. Z kolei Cha Young-Goon dzięki byciu cyborgiem mogła odnaleźć wewnętrzny spokój i poczucie bezpieczeństwa. Podsumowując – surrealistyczny, oryginalny i wciągający film o miłości w szpitalu psychiatrycznym. Polecam.

Ocena: 7+/10

Trailer

Fashion King

패션왕

1. Dane podstawowe.

Tytuł: Fashion King (패션왕, Paeseon Wang)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2012

Liczba odcinków: 20

Czas trwania odcinka: 70 min

Reżyseria: Lee Myung-Woo

Scenariusz: Kim Ki-Ho, Lee Sun-Mi

Obsada: Yoo Ah-InShin Se-KyungLee Je-HoonYuri

Gatunek: moda, melodramat, biznes.

2. Fabuła.

Drama skupia się na czwórce młodych ludzi, którzy są związani z modą. Young-Gul marzy o karierze projektanta, ale z powodu braku funduszy prowadzi zaledwie niewielki zakład krawiecki w Dongdaemun. Z kolei utalentowana Ga-Young, której rodzice zginęli, gdy była mała, została wychowana przez ciotkę, a obecnie pracuje w prowadzonym przez nią butiku. Kolejna dwójka to zdeterminowana Choi An-Na, skrzętnie wykorzystująca uczucie, którym darzy ją syn potentata branży modowej – Jung Jae-Hyuk. Nieoczekiwanie losy całej czwórki krzyżują się.

3. Muzyka.

Standardowe smętne balladki o wielkim bólu i  czarnej rozpaczy. Co prawda całkiem dobrze się ich słucha, jednak wydaje mi się, że można było pokusić się o większą różnorodność zastosowanych motywów muzycznych.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Niestety, ale pod względem doboru obsady bywa różnie. Za Yoo Ah-In (Antique BakerySeonggyungwan Scandal ), wcielającym się w postać Kang Young-Gul, nie przepadam i wątpię by się to szybko zmieniło. Choć pasuje do ról niegrzecznych chłopców, to w przypadku Fashion King przesadzał wielokrotnie z ekspresją. Nie mogłam znieść jego grymasów twarzy i dziwacznego sposobu mówienia z miną jakby przed chwilą zjadł cytrynę. Nie dość, że aktor, którego nie lubię, to na domiar złego wciela się w skrajnie niesympatycznego bohatera. Kang Young-Gul jest grubiański, zachowuje się jak pępek świata, na bogaczy patrzy z góry, a wobec kobiet jest zaborczy i traktuje Lee Ga-Young jak swoją własność. Przykłady? Proszę bardzo – robi wielką aferę tylko dlatego, że Jung Jae-Hyuk nie chce mu dać pieniędzy (bo niby każdy bogacz powinien rozdawać pieniądze na prawo i lewo wszystkim przypadkowo poznanym osobom), wydaje dyspozycje Lee Ga-Young i nie przyjmuje sprzeciwu -,, zwolnij się z pracy, pracuj ze mną, wprowadź się do mieszkania, które ci kupiłem, studiuj w Nowym Jorku, nie kontaktuj się z Jung Jae-Hyuk”. Według mnie nie ma w tym krzty romantyzmu oraz troski o ukochaną kobietę. Inna sprawa, że Lee Ga-Young nie ma nic przeciwko byciu popychadłem. Shin Se-Kyung, której przypadła ta rola jest bezpłciowa, bez charakteru i własnego zdania. Jej bohaterka przez całą dramę prezentuje ten sam wyraz twarzy – kobiety uległej, czekającej aż ktoś jej powie, w którą stronę ma pójść. Myślałam, że zmieni się to, gdy w końcu zacznie pracować w dużej firmie, ale nic takiego nie miało miejsca. Z trudem zniosłam wszelkie sceny, w których płakała, bo odniosłam wrażenie, że stara się jak może by płakać ładnie…(delikatne ocieranie łez, zagryzanie warg i patrzenie w dal…). W tym miejscu ktoś mógłby zapytać – skoro nie podoba  mi się obsada, to po co oglądam? Odpowiedź jest dość prozaiczna, czyli Lee Je-Hoon (Bleak NightArchitecture 101The Front Line, Just Friends?) w roli ,,tego drugiego” – Jung Jae-Hyuk. Jest to aktor, którego bardzo lubię, ponieważ udowodnił, że grać potrafi. Początkowo byłam zawiedziona jego postawą, gdyż wydawał mi się sztuczny, sztywny i schematyczny… Miałam serdecznie dość jego ostentacyjnego wychodzenia z pomieszczeń wszelakich. Na szczęście wraz z kolejnymi odcinkami było lepiej. Widocznie musiał się rozkręcić, albo po prostu z czasem polubiłam jego bohatera, zwłaszcza że główny męski bohater tak mnie rozczarował. Jung Jae-Hyuk to rozpieszczony syn potentata branży mody. Nie jest on utalentowany, nie ma wyjątkowych predyspozycji, a swoją pozycję zawdzięcza tylko i wyłącznie nazwisku. Widzimy jak stara się kreować otoczkę pewnego siebie wobec znajomych, pracowników. Szybko okazuje się, że  ojciec nie jest z niego zadowolony i traktuje go szorstko, oczekując od niego jedynie tego, by nie wtrącał się w sprawy firmy. Było mi go żal, ponieważ nawet Choi An-Na, którą kochał, była z nim tylko dla jego nazwiska, pieniędzy i pozycji ( i nikt mnie nie przekona, że było inaczej :)). Wspominana Choi An-Na (Yuri, członkini girlsbandu Girls’ Generation) to przeciwieństwo Lee Ga-Young. Projektantka, która nie ma talentu w tym obszarze, ale wie czego chce i bez skrupułów dąży do wyznaczonego celu. Skrupulatnie analizuje sytuację i wybiera najbardziej korzystną dla siebie opcję. Chociaż projektanta z niej marna, to świetnie spisuje się jako manager. Od początku dramy stwierdziłam, iż źle dobrano paringi, ponieważ Choi An-Na i Kang Young-Gul lepiej do siebie pasowali. W Fashion King występuje dużo postaci drugoplanowych, są więc czarne charaktery (wredna ciotka Jo Soon-Hee (w tej roli Jang Mi-Hie), surowy ojciec -Jung Man-Ho (Kim Il-Woo)), gangsterzy, krawcowe (bardzo stereotypowe trio…), projektanci mody (również z zagranicy) itp. Na słowa pochwały zasługuje zwłaszcza Yun Ki-Won jako sekretarz Kim, któremu bardziej zależało na dobru Jung Jae-Hyuk niż jego własnemu ojcu.

5. Wykonanie techniczne.

Widać, że drama miała przyzwoity budżet. Dużo scen (zwłaszcza w pierwszych odcinkach) ma swoje miejsce w USA. Skoro jest to drama o modzie, to oczywiste, że wszyscy główni bohaterowie, prezentują niezliczone kreacje – jedne bardziej, inne mniej udane. Podobała mi się zwłaszcza garderoba Lee Ga-Young – elegancja pomieszana z wygodą. W przypadku Jung Jae-Hyuk niejednokrotnie przesadzano z finezją jego garniturów, ale sam bohater stwierdza, że jako dyrektor w firmie, zajmującej się modą, musi się wyróżniać. Do gustu przypadł mi także apartament Jung Jae-Hyuk, choć nie wyróżniał się niczym szczególnym od mieszkań w setkach innych dram. Odnośnie reżyserii to było lepiej niż się spodziewałam. Chociaż jest to typowo ,,dramowa drama”, czyli schematyczne ujęcia, zbliżenia, to serii udało się uniknąć wpadek realizacji. Szkoda tylko, że z uporem maniaka twórcy koreańskich dram nagrywają większość scen w studio. Fototapety za oknami gabinetów doprowadzają mnie do białej gorączki. Jak już trzeba z nich korzystać, to przynajmniej bardziej umiejętnie…

6. Ogólna ocena.

Drama od samego początku mnie nie zachwycała. Odcinki w Nowym Jorku i wcześniejsza ucieczka Kang Young-Gul z kraju są jednymi z najgłupszych odcinków jakie pamiętam w koreańskich dramach. Niestety scenarzyści się nie spisali, pomimo ciekawego zamysłu i dobrze dobranej obsady. Postacie są (w większości) jednowymiarowe i jedynie Jung Jae-Hyuk można podejrzewać o ukazywanie swoich różnych oblicz. Dziwny jest dla mnie fakt, iż teoretycznie jest to drama o modzie… Teoretycznie, ponieważ wraz z rozwojem akcji moda bynajmniej nie jest w centrum i schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca kombinatorstwu, zemście oraz rozterkom sercowym. Spotkałam się ze skrajnie odmiennymi opiniami na temat Fashion King – jedni ją uwielbiają, inni nienawidzą. Ja sama zaliczam się do anty-fanów, gdyż tylko Lee Je-Hoon skłaniał mnie do dalszego oglądania. Nie mogę nie wspomnieć o zakończeniu, które jest zaskakujące i mnie osobiście zszokowało. Cała drama jest nijaka, a tu ,,wielkie boom” na koniec. Komu polecić? Osobom wytrwałym, dla których logika w postępowaniu bohaterów nie jest koniecznością oraz nie przeszkadza im miałka, bez wyrazu główna bohaterka. Nie jest to komedia romantyczna, toteż odradzam jej oglądanie wszystkim, którzy chcą się pośmiać. Wydaje mi się, że miłośnicy trójkątów romantycznych (czworokątów też) powinni znaleźć tutaj coś dla siebie. Osobiście ubolewam, że w Fashion King tak mało jest mody w modzie…

Ocena: 3+/10

A Snake Of June

六月の蛇

Tytuł: A Snake Of June (Rokugatsu no hebi, 六月の蛇)

Kraj: Japonia

Rok produkcji: 2003

Czas trwania: 77 min

Reżyseria: Shinya Tsukamoto

Scenariusz: Shinya Tsukamoto

Obsada: Asuka KurosawaYuji KohtariShinya Tsukamoto

Gatunek: dramat, romans, science-fiction, erotyczny.

Świat w strugach deszczu

Film o seksualności bez scen łóżkowych – czy to w ogóle możliwe? Japoński reżyser Shinya Tsukamoto udowadnia, że tak. Jednak nawet najbardziej oryginalna wizja może spalić na panewce, gdy przesadza się z formą.

Czytaj dalej

Architecture 101

Introduction of Architecture

1. Dane podstawowe.

Tytuł: Architecture 101 (Introduction of Architecture, Geonchukhakgaeron, 건축학개론)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2012

Czas trwania: 118 min

Reżyseria: Lee Yong-Ju

Scenariusz: Lee Yong-Ju

Obsada: Uhm Tae-WoongHan Ga-InLee Je-HoonBae SuzyJo Jung-SukYoo Yeon-Seok

Gatunek: melodramat.

2. Fabuła.

Seung-Min jest studentem architektury. Na zajęciach z ,,Podstaw architektury” (moje tłumaczenie oryginalnego tytułu) poznaje Seo-Yeon – studentkę z wydziału muzycznego. Nieśmiały chłopak z miejsca zakochuje się w urokliwiej Seo-Yeon, jednak nie jest w stanie wyznać jej swoich uczuć. Mijają lata a drogi tej dwójki ponownie się krzyżują. Seo-Yeon zleca Seung-Min renowację jej rodzinnego domu na malowniczej wyspie Jeju.

3. Muzyka.

Oprawa muzyczna idealnie pasuje do obrazu i klimatu filmu. Akcja toczy się powoli (ale nie wolno), a zdecydowaną większość czasu jest to pozytywny tytuł o pierwszej miłości. W związku z tym zasadne okazało się wykorzystanie przede wszystkim delikatnych kompozycji z przewagą pianina i gitary akustycznej. Wykorzystanie partii na pianino ma także swoje uzasadnienie w fabule, ponieważ Seo-Yeon jest miłośniczką tego instrumentu.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Architecture 101 zwrócił moją uwagę dzięki Lee Je-Hoon i Han Ga-In w obsadzie. Z pozostałą dwójką – Bae Suzy i Uhm Tae-Woong, nie miałam styczności w żadnej produkcji. Co prawda mniej więcej w jakich dramach grali, ale żadnej z ich udziałem nie widziałam. Odnośnie Bae Suzy (członkini girlsbandu Miss A), która wcieliła się w młodą Seo-Yeon, zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, ale wypadła dobrze. Z drugiej strony grana przez nią postać nie była wielkim wyzwaniem, gdyż ograniczała się do wyglądania ładnie i rozściełania swojego uroku na około. Mimo to jak na 17-latkę (a może już 18latkę?) wypadła w tej roli niczego sobie. Z kolei w roli młodego Seung-Min możemy oglądać lubianego przeze mnie  Lee Je-Hoon (Bleak NightThe Front Line, Just Friends?). Ponownie mnie nie zawiódł i z miejsca polubiłam jego bohatera. Seung-Min to nieśmiały, młody mężczyzna, który nie ma ani pewności siebie, ani nie pochodzi z zamożnej rodziny i zapewne dlatego nie potrafi zawalczyć o swoją pierwszą miłość. Nie wszystkie jego działania były dla mnie zrozumiałe, ale o tym wspomnę przy podsumowaniu. Bardzo podobał mi się dobór aktorów do ról dojrzałych  Seung-Min i Seo-Yeon – odpowiednio Uhm Tae-Woong i Han Ga-In (Bad Guy). Zaskoczyło mnie ogromne podobieństwo Lee Je-Hoon i Uhm Tae-Woong, dzięki czemu film zyskał na wiarygodności. Kwestia ta wygląda trochę inaczej w przypadku pań, u których podobieństwo określiłabym jako ,,na słowo honoru”. Oczywiście, że obie są urodziwymi kobietami, ale akurat Han Ga-In ma charakterystyczną urodę i zabrakło mi pieprzyka na nosie Bae Suzy – niby drobnostka, a od razu byłyby bardziej przekonywujące. Uhm Tae-Woong nadał swojemu bohaterowi sporo charakteru i uroku. Podobnie jak Han Ga-In bardzo dobrze wcieliła się w postać. Postacie drugoplanowe ograniczają się praktycznie do rodziców i znajomych głównej pary. W tym miejscu chciałabym wyróżnić Jo Jung-Suk (What’s Up?) jako przyjaciel Seung-Min – Nabddeuckyi, który odpowiadał za komiczną część filmu i spisał się kapitalnie. Był naturalny, zabawny i pełen młodzieńczej werwy.

5. Wykonanie techniczne.

Pod względem wykonania technicznego film prezentuje się przyzwoicie. Płynne prowadzenie kamery, udane lokacje, piękny dom na wyspie Jeju (przepiękny budynek z cudownym trawiastym tarasem na dachu :)) oraz cieszące oko plenery (szkoda, że jest ich tak mało). Niestety gorzej jest z montażem. Przeplatanie teraźniejszości z przeszłością nie jest chaotyczne, ale niektóre przejścia pomiędzy scenami wydawały mi się zbyt przypadkowe np. gdy Seung-Min całuje Seo-Yeon i za chwilę widzimy jak jego narzeczona przymierza suknię ślubną.

6. Ogólna ocena.

Sięgając po Architecture 101 spodziewałam się może  nie tyle rewelacyjnego, co przyzwoitego romansu czy też melodramatu. Historia dwójki głównych bohaterów toczy się równolegle w dwóch przestrzeniach czasu. Obie części są wyważone, więc film ogląda się płynnie. Niestety zbyt wiele sytuacji jest niedopowiedzianych, a sami bohaterowie na siłę komplikują sobie życie. Nie rozumiem dlaczego Seung-Min  nie odpowiedział na wiadomość Seo-Yeon, ani dlaczego nie zareagował, gdy widział jak do pijanej  Seo-Yeon dobiera się jego kolega…Ta druga sytuacja wzbudziła we mnie sporo emocji, gdyż Seung-Min doskonale zdawał sobie sprawę z intencji Jae-Wook’a i nie zrobił nic. Film jako całość jest dobrym melodramatem, któremu przez większość czasu bliżej do komedii romantycznej, ewentualnie romansu. Szczerze uśmiałam się przy rozmowach  Seung-Min ze swoim przyjacielem na temat związków. Miłosne podchody naszych bohaterów są samą przyjemnością i wyrazem młodzieńczej, pięknej, pierwszej miłości. Aż chce się wierzyć, że taka miłość jeszcze się zdarza. Zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, gdyż aż prosiło się o inne zwieńczenie losów bohaterów. Nie ukrywam, iż w jednym momencie łezka mi się w oku zakręciła, toteż uważam, że film spełnił swoją rolę jako melodramat. Polecam przede wszystkim osobom gustującym w gatunku, bądź lubiącym kogoś z głównej obsady, ponieważ wszyscy pokazali się z dobrej strony.

Ocena: 7+/10

Polskie napisy wykonane przez Farfi Ultrapredator

Liar Game 2 + The Final Stage

ライアーゲーム ~シーズン2~

1. Dane podstawowe.

Tytuł: Liar Game 2 (ライアーゲーム ~シーズン2~)

Kraj: Japonia

Rok produkcji: 2009

Liczba odcinków: 9 + film

Czas trwania odcinka: 54 min + 133 min

Reżyseria:  Hiroaki MatsuyamaAyako Oki,Kunihiro Nagase

Scenariusz: Tsutomu KuroiwaShinobu Kaitani (manga)

Obsada: Erika TodaShota MatsudaRinko KikuchiKosuke SuzukiMichiko Kichise

Gatunek: thriller, psychologiczny.

2. Fabuła.

Kontynuacja dramy z 2007r. Liar Game.

Kanzaki Nao i Akiyama Shinichi  po raz kolejny stają w szranki z graczami Liar Game. Tym razem ich głównym przecinkiem jest tajemnicza i niepozorna Katsuragi Ryo, która wydaje się dobrze znać z Akiyama Shinichi. Czy i tym razem para Nao i Shinichi wyjdą zwycięsko z gry, która obnaża chciwość i egoizm biorących w niej udział zawodników?

3. Muzyka.

Soundtrack drugiej części nie różni się zbytnio od swojego poprzednika. Po raz kolejny możemy usłyszeć sporo elektroniki, a’la chóralnych motywów np. ten, które świetnie pasują do charakteru dramy i kiedy trzeba budują napięcie. Część utworów się powtarza choćby ten, ale nie jest to jakaś wielka wada, ponieważ generalnie OST z tej dramy uważam za udany.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Obsada jest w większości ta sama co w pierwszej części. Jedynym istotnym wyjątkiem jest postać Katsuragi Ryo – w tej roli Rinko Kikuchi, która bardzo podobała mi się jako małomówny czarny charakter. Podobnie jak Akiyama jest inteligentna i potrafi manipulować ludźmi. Dobrze odzwierciedliła charakter swojej postaci i wydaje mi się, że wiele aktorek wyglądałoby śmiesznie w kapelusiku, sukience z koronki i laską pod ręką, ale w jej przypadku jest inaczej. Kilka słów o głównych bohaterach i znajomych z poprzedniej części. Otóż bardzo ucieszył mnie fakt, iż Kanzaki Nao (Erika Toda) w końcu zaczęła używać głowy do myślenia i zmieniła swoje nastawienie do gry. Co prawda wciąż w środku pozostała naiwną dziewczyną z sąsiedztwa, ale przynajmniej gdy trzeba było potrafiła kierować się sprytem i nie wahała się przed oszukiwaniem innych graczy. W roli Akiyama Shinichi niezmiennie Matsuda Shouta, który świetnie pasuje do tej postaci i jest trzonem całej dramy. Akiyama nadal emanuje stoickim spokojem  oraz pozostaje bacznym obserwatorem wydarzeń. Na całe szczęście znów w obsadzie pojawił się Kosuke Suzuki jako karykaturalny i podstępny Yuji Fukunaga. Jego bohatera zapamiętam na długo, gdyż wniósł do dramy sporo humoru (choć w dość dziwacznej postaci).

5. Wykonanie techniczne.

W przeciwieństwie do zdziwienia, które mnie spotkało w trakcie oglądania pierwszego sezonu, tym razem wiedziałam na co mam być przygotowana. Zapewne dlatego o wiele bardziej przypadła mi do gustu druga odsłona Liar Game. Po raz kolejny zastosowano silnie kontrastowe kolory, zbliżenia, charakterystyczne oświetlenie oraz scenografie rodem z jakiegoś anime. Również na tej płaszczyźnie drama jest jednością, co oczywiście jest atutem o ile komuś przypadła do gustu atmosfera pierwszego sezonu.

6. Ogólna ocena.

Przyznaję, iż przy Liar Game 2 bawiłam się o wiele lepiej niż w trakcie pierwszej części. Gry były ciekawe, nie zabrakło zwrotów akcji oraz ciekawych rozstrzygnięć. Jest to drama przede wszystkim dla osób, które nie obawiają się udziwnień i skrajnie przejaskrawionych, stereotypowych bohaterów. Nie ma tu też głębokich analiz ludzkich emocji, czy też drugiego dna, które zmusi widza do przemyśleń. Liar Game 2 to świetna, dostarczająca rozrywki drama, której teoretycznie ciężki klimat jest rewelacyjnie wyważony elementami humoru oraz groteski. Aktorzy dobrze odzwierciedlili granych przez siebie bohaterów, każdy z nich na swój sposób był w stanie zdobyć sympatię widza. Ciekawym rozwiązaniem okazało się ukazanie finałowej rozgrywki w odrebnym filmie. Zakończenie jest przewidywalne, ale jak najbardziej satysfakcjonujące. Dziwi mnie jedynie, że powstały dwie kolejne odsłony Liar Game właśnie w postaci filmów – według mnie bez Eriki Toda to już nie ta sama seria. Jednak zapewne sięgnę i po te dwa tytuły, gdyż świat Liar Game całkowicie mnie pochłonął. Gorąco polecam osobom, które szukają lekkiego tytułu, przy którym będą mogły po prostu świetnie się bawić.

Ocena: 9/10