Love

사랑

Tytuł: Love (Sarang,  사랑)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2007

Czas trwania: 104 min

Obsada: Joo Jin-MoSi-hyeon ParkJu Hyeon

Gatunek: melodramat.

,,Love”, czyli miłość, jaka się nie zdarza

Wielką miłośniczką romansów, melodramatów nie jestem, ale od czasu do czasu chcę się pokatować jakąś łzawą historią. Wtedy nie ma znaczenia, czy film jest oryginalny, czy nie, byleby mnie wzruszył, zmusił do jakichś przeżyć wewnętrznych. Niestety ,,Love” okazał się emocjonalny jedynie z tytułu.

Głównym bohaterem filmu jest In-ho, który pragnie normalnego życia, jak inni jego rówieśnicy. Dlatego też mimo problemów finansowych matki robi wszystko, by nie sprawiać jej przykrości oraz dostać się na studia. Szansy upatruje w sporcie, gdyż jest dobrym zawodnikiem taekwondo. Sytuacja komplikuje się gdy zadziera z pewnym gangsterem. Stając w obronie ukochanej dziewczyny – Mi-ju, którą poznał w dzieciństwie, dźga wspomnianego bandytę nożem i trafia do więzienia. Po wyjściu na wolność, chcąc rozpocząć nowy etap w życiu, zatrudnia się u bossa Yoo. Niestety okazuje się, że jego kochanką jest nie kto inny jak Mi-ju.

Fabuła jest tak oklepana, że gdybym przeczytała ją przed obejrzeniem filmu, to raczej nie sięgnęłabym po ten tytuł. ,,Love” momentami podpada pod koreańskie ,,Romeo i Julia”. Mimo wielkiej, pięknej, czystej, niewinnej etc. miłości, kochankowie nie mogą być razem, ponieważ los rzuca im pod nogi kolejne kłody. Kiedy fabuła nie jest oryginalna zawsze film może uratować konstrukcja postaci, bądź też gra aktorów. Jednak i tutaj spotkał mnie zawód. Otóż In-ho już chyba bardziej męski nie mógł być, istny ideał każdej kobiety. Nie dość, że ochroni ukochaną przed każdym, ale to każdym niebezpieczeństwem, to jeszcze jest wrażliwy, zaradny, potrafi kochać platoniczną miłością przez lata, jest wierny jak nikt, a do tego to wysportowany przystojniak! Zapewne niewiele kobiet nie zapałałoby do niego miłością. W postać In-ho wcielił się Joo Jin-Mo (DreamA Frozen FlowerA Better Tomorrow). Szczerze to moja sympatia ku niemu zaczyna odchodzić w niepamięć…Jako In-ho wypadł przeciętnie i to bardzo, chociaż sceny płaczu wyszły mu dobrze. Może mój sceptycyzm względem In-ho bierze się stąd, iż wiem ile Joo Jin-Mo miał lat grając, przez połowę filmu, licealistę. Myślałam, że 30latkowie (a dokładniej 33) grający 18latków to takie rzeczy to tylko w dramach – jak widać myliłam się. Nijak nie wyglądał mi na nastolatka, więc od razu jego zachowani i ekspresja wydawały mi się sztuczne i niewiarygodne. Główną rolę żeńską otrzymała Si-hyeon Park ( A Man’s Story). Chociaż to jej bohaterka determinowała wszelkie wybory życiowe In -ho, to poświęcono jej niewiele uwagi. Ot była, bo musiała być. Postać równie tragiczna, co i In-ho, a przy tym delikatna i wrażliwa dziewczyna. Tak czy inaczej,  główni aktorzy nie wywarli na mnie wrażenia. Natomiast obsada drugoplanowa jest dobrze dobrana i tworzy barwne tło dla wspomnianej dwójki.

Trzon fabularny ciągnie się niemiłosiernie, a powolny tok akcji uwydatnia wszelkie niedostatki filmu m.in. wspomnianą przeciętną grę aktorską. Przez większą część film dłuży się, a pod koniec akcja nagle przyspiesza, aż odniosłam wrażenie, że zbyt wiele zaczęło się dziać. Za to podobała mi się muzyka. W trakcie wielu scen możemy usłyszeć bardzo ładne instrumentalne, smyczkowe utwory.

Reżyserem i scenarzystą filmu jest Kyung-Taek Kwak (reżyser Eye for an Eye). Generalnie nie mam wiele do zarzucenia, gdyż samo wykonanie techniczne jest przyzwoite. Wielki plus za końcowe sceny nad morzem. Kolorystyka nieba nie do opisania, przyznaję, iż nie mogłam oderwać wzroku od tej sceny i oglądałam ją wielokrotnie. ,,Love” rozpatruje także o gangsterach, więc nie ma się co dziwić, że jest także trochę scen akcji, bijatyk. Nie stoją one na jakimś wybitnie wysokim poziomie, ale ogląda się je przyjemnie.

,,Love” to melodramat, czyli teoretycznie powinien wzruszyć widza. Pomimo tragicznego zakończenia (rodem z Romea i Julii), to ani razu nie byłam choćby bliska uronienia łzy. Przede wszystkim film jest do bólu przewidywalny i oparty na wyświechtanych schematach. Niczym nie zadziwia, nie niesie ze sobą żadnego przesłania. Chociaż to miłość staje się niejako przekleństwem In-ho, to i tak stanowi ona dla niego jedyny powód do życia. W imię miłości zrobiłby wszystko – ja nie widzę w tym nic z romantyzmu, a zakończenie jest szczytem melodramatyzmu. Komu polecić? Tylko i wyłącznie zatwardziałym miłośnikom gatunku, którym nie przeszkadza przedramatyzowanie fabuły i wręcz fatalistyczne losy bohaterów.

Ocena: 3+/10