Eye for an Eye

3105

Eye for an Eye (2008)

Tytuł: Eye for an Eye (Nuneneun Nun, Ieneun I,눈에는 눈, 이에는 이)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Czas trwania: 101 min

Obsada: Cha Seung-WonHan Suk-Kyu

Gatunek: akcja, sensacyjny.

 

 

,,Eye for an Eye”, czyli amerykańszczyzna po koreańsku

Sięgając po koreańskie kino akcji oczekuję czegoś więcej niż jedynie płytkiej rozrywki. W związku z tym moje wymagania względem Eye for an Eye były wysokie, co zemściło się w postaci znużenia i irytacji. Wszelkie zarzuty skierowane pod adresem Eye for an Eye są kalką powodów, dla których nie lubię sensacyjnych filmów prosto z USA.

Już sam zarys fabularny zwiastuje nieoryginalność, chociaż, jak wiadomo, Koreańczycy potrafią zaskakiwać – ale nie tym razem. Otóż grupka złodziejaszków dokonuje zuchwałego rabunku, w biały dzień, pod bacznym okiem policji. Do tego pomysłodawca planu – Hyeon-min Ahn, podaje się za znanego detektywa Sung-chan Baek. Gdy ów dowiaduje się o zaistniałej sytuacji postanawia schwytać złodziei. Jednak wkrótce okazuje się, iż Sung-chan Baek nie został wybrany przypadkowo.

Brzmi ciekawie? – owszem, chociaż ma się wrażenie, że ,,gdzieś to już było”. Tak oto rozpoczyna się zabawa w kotka i myszkę pomiędzy dwoma głównymi bohaterami – policjantem i złodziejem. Niestety, właśnie w tych postaciach tkwi jeden z najważniejszych problemów Eye for an Eye. Bynajmniej nie chodzi o zły dobór aktorów, gdyż chyba jedynie dzięki ich umiejętnościom film można dotrwać do końca. Przy oklepanej fabule, pełnej schematów, która skupia się na rywalizacji głównych postaci, ważne jest, aby umiejętnie zrównoważyć ich czas na ekranie. Moim zdaniem zbyt wiele miejsca poświęcono postaci granej przez Han Suk-Kyu, czyli detektywie Baek. Na całe szczęście Han Suk-Kyu okazał się solidnym aktorem, gdyż w przeciwnym wypadku odegranie jego bohatera byłoby całkowitą porażką i parodią samego siebie. Detektyw Baek, jak na mój gust, jest zbyt cyniczny i aż bije od niego negatywna aura. W wielu scenach w jego oczach widać groźny błysk oraz obsesyjną determinację. Zazwyczaj widz darzy sympatią ,,tych dobrych”, czyli policjantów, ale w Eye for an Eye to przestępcy wyrastają do roli ,,tych dobrych”. Pomysłodawca całego planu rabunku – Hyeon-min Ahn, w którego rolę wcielił się Cha Seung-Won (Into The FireSecret), od razu zyskuje sympatię widza. Zamiast przemocą kieruje się sprytem i inteligencją. Wraz z rozwojem akcji widać jak dopracowany i przemyślany plan wdrożył w życie. Równie interesujący są członkowie ekipy Ahn’a. Barwne, choć nierozwinięte postacie, a szkoda. Mogłoby być znacznie ciekawiej gdyby skupiono więcej uwagi złodziejach i przyczynie kradzieży.

Zaletą filmu jest to, iż nie wygląda na tani. Zawiera kilka scen akcji, które przykuwają oko. Widowiskowe są zwłaszcza pościgi. Zastosowano także kilka zabiegów, które zapewne miały budować napięcie i ożywić obraz. Chodzi mi tu przede wszystkim o migawki z przeszłości oraz łączenie dwóch kadrów na raz (nie wiem jakie słowa lepiej pasują do tego efektu). Tak czy inaczej, na nic te starania się zdały, gdyż scenariusz nie chwyta za serce, a i nawet nie za wątrobę. Niepotrzebnie komplikowano niektóre elementy fabuły, co jedynie utwierdza widza w przekonaniu, że przedstawiona historia jest nierealna i należy ją traktować z przymrużeniem oka. Odnośnie przymykania oka – nie mogę nie wspomnieć o humorze, który jest bardzo charakterystyczny dla tego typu filmów (nie tylko koreańskich). Już przy innych recenzjach wspominałam, że nie jestem miłośniczką azjatyckiego humoru, a co za tym idzie – wszelkie wstawki komediowe w Eye for an Eye zupełnie nie pasowały mi do reszty filmu. Mimo to np. oprawę muzyczną dobrano bardzo dobrze i nie kontrastowała z tematyką filmu.

Chociaż z mojego krótkiego tekstu wynika, że Eye for an Eye to kiepski film, po który nie warto sięgnąć, to nie jest to do końca prawdą. Tytuł ten powinien być idealny dla osób szukających niezobowiązującej rozrywki w postaci kina akcji z komediowym, lekkim zabarwieniem. Pod koniec filmu następuje interesujący zwrot akcji, ale odniosłam wrażenie, że sami twórcy nie wiedzieli co tak naprawdę chcą przedstawić. Mamy tu zarówno elementy thrillera, filmu detektywistycznego, sensacyjnego oraz motyw zemsty. Gdzieś w tym misz-maszu zgubiła się oryginalność i spójność. Postacie nie zostały w dostatecznym stopniu rozwinięte, co uwypukla wrażenie, iż czegoś tu brakuje. W każdym razie polecam, choćby dla występu głównych aktorów, gdyż dali z siebie co mogli, a także przez wzgląd na kilka dobrych scen akcji i wymuskany plan Ahn’a.

Ocena: 4+/10

Ouran High School Host Club

Tytuł: Ouran High School Host Club桜蘭高校ホスト部

(桜蘭高校ホスト部, Gekijoban Oran Koko Hosutobu)

Kraj: Japonia

Rok produkcji: 2011

Liczba odcinków: 11

Czas trwania odcinka: 30 min

Obsada: Haruna KawaguchiYusuke YamamotoShunsuke DaitoShinpei TakagiManpei TakagiYudai ChibaMasaya Nakamura

Gatunek: komedia romantyczna, szkoła.

M&A czy Live Action? – oto jest pytanie

     Każda szanująca się fanka shoujo (fani także) zna anime, bądź mangę autorstwa Bisco Hatori pt. Ouran High School Host Club. Dlatego też nie zdziwiłam się, gdy okazało się, iż powstanie Live Action. Jednak, jako miłośniczka wspomnianej serii, byłam zaniepokojona, gdyż większość LA to całkowite porażki. Na szczęście moje obawy nie spełniły się do końca, a dramę naprawdę da się oglądać (co nie jest takie oczywiste przy LA).

Czytaj dalej

Drobne zmiany

W związku z tym, iż ,,Plany” nie spełniły swojej roli, to postanowiłam z nich zrezygnować. Przez uczelnię mam niewiele wolnego czasu i dlatego rzadko kiedy mogę z góry zaplanować umieszczenie nowego wpisu na blogu. Po drugie zamierzam zmienić formułę wpisów. A mianowicie chcę spróbować swoich sił w tekście jednolitym. Zobaczymy jak się nowy system sprawdzi (mam nadzieję, że dobrze).

Il Ji-Mae: The Phantom Thief

1. Dane podstawowe.Iljimae

Tytuł: Il Ji-Mae: The Phantom Thief ( Iljimae, 일지매)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2008

Liczba odcinków: 20

Czas trwania: 70 min

Obsada: Lee Jun-KiPark Si-HooHan Hyo-JooLee Young-AhLee Mun-Shik

Gatunek: akcja, dramat, historyczny, romans.

2. Fabuła.

Młody Geom staje się świadkiem zabójstwa ojca. Od tego feralnego dnia jego życie całkowicie się odmienia. Zostaje przygarnięty przez złodziejaszka Soe-Dol. Wraz z dorastaniem Geom zaczyna sobie przypominać wydarzenia z przeszłości. Żądny zemsty postanawia nocą przywdziewać maskę i stawać w obronie najuboższych.

3. Muzyka.

W trakcie oglądania dramy nieszczególnie zwróciłam uwagę na soundtrack, gdyż zbyt często irytowały mnie luki w fabule i błazeńskie zachowanie bohaterów. W związku z tym postanowiłam przesłuchać soundtrack oddzielnie  i muszę przyznać, iż wypada dobrze. Kilka pięknych, poruszających ballad oraz motywów wzorowanych na czasy epoki. Miłe zaskoczenie.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

W Iljimae nie podobało mi się wiele, jednak jedno udało się twórcom dobrze, a mianowicie dobór obsady. W rolę tytułowego Iljimae wcielił się Lee Jun-Ki (Time Between Dog and Wolf). Przyszło mu odegrać tak naprawdę dwie całkowicie odmienne postaci. Z jednej strony, za dnia, był cwanym złodziejaszkiem, który co i rusz dostawał niezłe lanie, a potem jak gdyby nigdy nic dalej robił z siebie pajaca. Natomiast nocą, gdy przywdziewał maskę, można zobaczyć jego skupione i bystre oblicze. Jak zwykle nie można narzekać na Lee Jun-Ki w scenach czarnej rozpaczy i wielkich życiowych dramatów, po prostu daje w nich z siebie wszystko co najlepsze. Istotną rolę odegrał także Park Si-Hoo (Prosecutor Princess) jako nadworny gwardzista Si-Hoo. Szczerze to zawiodłam się, gdyż Park Si-Hoo ciągle oferował ten sam skwaszony wyraz twarzy i mimo kilku dobrych okazji do wykazania się – polegał na całej linii. Wolę go w rolach playboy’ów w komediach romantycznych. Wśród głównych postaci przewijają się także dwie kobiety, czyli Han Hyo-Joo jako Eun Chae oraz Lee Young-Ah jako Bong-Soon. Nie będę się nad nimi rozpisywać, gdyż nie pokazały niczego nadzwyczajnego, a poza tym ich postacie wydawały mi się zbędne (ot tylko po to, aby jakiś romans wcisnąć w dramę). Poza pierwszoplanowymi postaciami Iljimae zawiera całą plejadę dobrych postaci drugoplanowych. Chociaż generalnie scenariusz jest słaby i bohaterowie nie mają rozbudowanych charakterów, to i tak najmilej wspominam właśnie drugoplanowe kreacje. Między innymi podobał mi się Lee Mun-Shik jako przyszywany ojciec Yong-Yi (Iljimae). Pogodna, emocjonalna postać, który wniosła do dramy sporo serdeczności i ciepła. Do gustu przypadła mi także rola Jo Min-Gi (East of Eden) jako król.

5. Wykonanie techniczne.

Nie była to moja pierwsza koreańska drama osadzona w erze Joseon, dlatego też nie miałam wielkich oczekiwań. Stroje jak zwykle przyzwoite, peruki również, wystrój wnętrz i sceny na powietrzu także ujdą. Generalnie reżyseria nie wypadła najgorzej (jak na dramę), a kilka scen naprawdę cieszy oko. Przyznaję, iż sceny na lodzie (gdzieś w początkowych odcinkach) były oryginalne, ale później było już tylko przeciętnie (i to bardzo). To co mnie raziło, to przede wszystkim walki. Przy oglądaniu Iljimae trzymała mnie jedynie myśl, że jest to drama akcji, więc jeżeli fabuła się nie rozkręci, to pozostaną mi przynajmniej sceny pojedynków. Wszelkie elementy wuxia raziły mnie po oczach…swoją schematycznością, sztucznością i brakiem płynności ruchu. Z żalem patrzyłam jak aktorzy bezskutecznie starają się, aby ich ruchy wyglądały na profesjonalne i naturalne.

6. Ogólna ocena.

Iljimae należy do popularnego trendu “fusion sageuk” (czyli dramy osadzone w historii, ale ze współczesnym językiem i muzyką). I żeby było jasne – nie jestem jego fanką. Największą bolączką Iljimae jest właśnie nieprawidłowy balans pomiędzy elementami komicznymi a poważnymi. W tym przypadku mówienie o „komedii” jest nie na miejscu, gdyż zachowanie bohaterów i ich działania często są po prostu błazenadą. Nie mogłam patrzeć jak Lee Jun-Ki ciągle robi z siebie pajaca na ekranie, jak przesadza z mimiką twarzy i ciągle dostaje łupnia…Czułam totalny niesmak i nie wiem jakim cudem zdzierżyłam te wszystkie „komediowe” wstawki. Być może wynika to z faktu, iż Iljimae męczyłam przez około 1,5 roku (tak, tak…jest to drama, która przez najdłuższy okres czasu mnie dobijała). Tak czy inaczej sam trzon fabuły, czyli morderstwo, spisek, żądza zemsty, rodzinne tajemnice – nie jest niczym nowym. Romans…chwila moment – jaki romans? Chyba bardziej pasuje określenie: miłostki bohaterów. Niby jakieś zauroczenia są, gdzieś przewinie się pocałunek, kilka tandetnych romantycznych scen…i to by było na tyle. Może i lepiej, że nie rozwijano tych wątków, gdyż zapewne wtedy nie dokończyłabym dramy. Żeby nie było tak totalnie ironicznie, to wspomnę o tym co mi się podobało w fabule. Otóż jeżeli wyłuskać jedynie historię zemsty i wszelkie wątki poważne, to drama jest przyzwoita. Pojawia się sporo wątków pobocznych, które mogłyby być ciekawe, ale nie pokuszono się  o ich rozwinięcie. Aktorzy spisali się dobrze i nie mam większych uchybień. Podobnie muzyka jak i reżyseria są udane. O zakończeniu nie będę wspominała, bo chyba można się domyślać jak się potoczyły losy Iljimae. W samej końcówce zdziwił mnie szybki rozwój wypadków i ich skutki. Gdyby ktoś zapytał się mnie: o czym tak w ogóle jest Iljimae? To minęłaby długa chwila zanim bym cokolwiek powiedziała, gdyż po seansie pamiętam jedynie początek i koniec.Czy polecam? Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie moje wrażenia, to nie. Jednak będąc obiektywną, to warto dać szansę Iljimae, zwłaszcza jeśli lubi się obsadę i potrafi się przymknąć oko na humor.

Ocena: 4/10

Moby Dick

1. Dane podstawowe.모비딕

Tytuł: Moby Dick (Mobidik, 모비딕, The Informers)

Kraj: Korea

Rok produkcji: 2011

Czas trwania: 112 min

Obsada: Hwang Jung MinJin GooKim Min HeeKim Sang Ho

Gatunek: akcja, tajemnica.

2. Fabuła.

1994 r. w wyniku tajemniczej eksplozji zostaje zniszczony Most Balam na peryferiach Seulu. Dziennikarz Lee Bang-Woo postanawia wyjaśnić okoliczności tego zdarzenia. Nieoczekiwanie kontaktuje się z nim dawny przyjaciel Yoon-Hyuk, który twierdzi, że posiada dowody na to, że wybuch nie był przypadkowy.

3. Muzyka.

Odrobinę się rozczarowałam soundtrackiem, gdyż w kilku istotnych scenach zabrakło mi zdecydowanego utworu, który podkreśliłby emocjonalny przekaz obrazu.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Śmiem twierdzić, iż to własnie gra aktorów jest największym atutem filmu. Do kręgu głównych postaci możemy zaliczyć trójkę dziennikarzy oraz informatora. W rolę Lee Bang-Woo wcielił się Hwang Jung Min (The Unjust). Lee Bang-Woo  to arogancki i pewny siebie reporter, który zrobi wszystko, aby prawda wyszła na jaw. Hwang Jung Min po raz kolejny przekonał mnie do siebie realizmem swojego bohatera. W jego oczach widać determinację, a wyrażane przez niego emocje są bardzo naturalne. Rolę informatora zagrał Jin Goo (TruckMotherA Bittersweet Life). Co prawda jego występ nie jest tak zjawiskowy jak Hwang Jung Min, to jednak udało mu się dobrze oddać charakter postaci. Podobał mi się i w scenach ucieczek, walk, jak i tych bardziej emocjonalnych (np. gdy próbuje się powiesić). Cichym bohaterem filmu okazał się Kim Sang-Ho jako dziennikarz Son Jin-Ki, który jest etatowym drugoplanowym aktorem w wielu koreańskich filmach. Ze względu na jego fizjonomię można liczyć na dawkę humoru, co również ma miejsce w Moby Dick. Zdecydowanie najbardziej sympatyczna postać, dlatego z przejęciem oglądałam sceny, gdy jego życie wisiało na włosku. Żeby nie było nudno znalazło się także miejsce dla pięknej pani ekspert od komputerów, czyli Sung Hyo-Kwan (w tej roli Kim Min-Hee). Według mnie pełniła funkcje raczej czysto estetyczne, aby sami mężczyźni nie przewijali się w filmie. Do tego mnóstwo postaci drugoplanowych i epizodycznych, ale nikt specjalnie nie zapadł mi w pamięci.

5. Wykonanie techniczne.

Moby Dick to reżyserski debiut Park In-Je. Muszę przyznać, iż okazał się to udany debiut. Czekam na więcej filmów wspomnianego pana i z pewnością będę śledziła kolejne jego produkcje. Podobała mi się realistyczna reżyseria, która idealnie pasowała do zabiegów czysto kinowych, czyli np. oświetlenia (chwilami nikłego), czy też wyblakłej kolorystyki. Chociaż film nosi w sobie znamiona Hollywoodzkich filmów konspiracyjnych, to jednak udało się uniknąć niepotrzebnych i biorących się znikąd efekciarskich scen akcji. Te, które możemy oglądać są dobrze wpasowane i nie przysłaniają fabuły. Świetne sceny związane z pościgami samochodowymi np. scena nocą w tunelu oraz bardzo realistyczna kraksa, która dla jednej z postaci kończy się tragicznie. Wrażenie wywarła na mnie także scena z końca filmu, gdy Lee Bang-Woo śni o tym jak dotyka białego wieloryba.

6. Ogólna ocena.

Film rozpoczyna się cytatem z Moby Dick’a autorstwa Hermana Melville: ,,Liczba tych, którzy wiedzą o istnieniu białego wieloryba i walczą z nim, jest zaiste niewielka” (moje wolne tłumaczenie z angielskiego). W przypadku filmu Moby Dick tytuł odnosi się do tajnej organizacji (rządu?), która kontroluje różne sfery życia obywateli zza kulis. Znalazłam informacje, iż film ma jakieś znamiona bycia opartym na prawdziwych wydarzeniach, ale nie chcę w to wnikać, gdyż nie zgłębiałam się w ich wiarygodność. Sam tytuł to także bardziej prozaiczna sprawa, a mianowicie kawiarnia, w której wspomniana organizacja inwigilowała społeczeństwo, nosiła właśnie taką nazwę. Tak czy inaczej film ukazuje istotny okres dla Korei Południowej, która od niedawna cieszyła się pełną demokratyzacją kraju. Dobrze odzwierciedlono dociekliwość wolnych mediów. Zaletą jest niewątpliwie unikanie pobocznych wątków, które dla niektórych mogły się wydawać nieuniknione np. romans Lee Bang-Woo z Sung Hyo-Kwan. Dialogi nie są sztucznie przedłużane, nie marnuje się czasu i inteligencji widza na tłumaczenie oczywistych spraw. Struktura filmu jest przemyślana, bez nagłych demaskacji i zwrotów akcji, co dobrze współgra z poruszaną tematyką. Na pierwszy plan wysuwa się dziennikarskie śledztwo. Aktorzy spisali się na medal, jednak teraz posypie się kilka gorzkich słów. Bo niby wszystko w Moby Dick jest takie jakie być powinno, ale po seansie odczuwa się niedosyt. Mój główny zarzut dotyczy schematyczności. Mam tu na myśli wrażenie, że reżyser chciał upchnąć wszelkie możliwe elementy gatunku w jeden film. A co za tym idzie mamy: cynicznego reportera, który za punkt honoru stawia sobie dotarcie do prawdy, szefa, który nie zgadza się na zajęcie się sprawą, krępego pomocnika, pełniącego wielokrotnie funkcje komiczne, a także seksowną asystentkę-informatyczkę. Nie można zapomnieć o wielkiej, tajnej i wszechmocnej organizacji, spisku, w który zamieszany jest rząd oraz to co drażniło mnie najbardziej, czyli wpadanie na rewelacyjne pomysły dotyczące sprawy dzięki, wydawałoby się, nic nie znaczącym słowom, przedmiotom. Żeby było zabawniej to w takich chwilach bohaterowie patrzą się na sobie i już wiedzą (telepatycznie zapewne), że znaleźli genialną wskazówkę. Na minus jest także fakt, iż zbyt szybko, zbyt wiele wiadomo. Filmu nie ratuje nawet kilka pytań, które do samego końca pozostają bez odpowiedzi…Podsumowując, Moby Dick to film dobry, ale nie rewelacyjny. Obejrzenie go nie jest stratą czasu, ale też nie wciąga widza bez reszty, nie trzyma w napięciu do ostatnich chwil. Ot, przyzwoity średniak wśród filmów o wielkim spisku i dziennikarskim śledztwie.

Ocena: 6/10

Trailer

Punished

1. Dane podstawowe.報應

Tytuł: Punished (Bou ying, 報應, Retribution, 报应)

Kraj: Hongkong

Rok produkcji: 2011

Czas trwania: 100 min

Obsada: Anthony Wong Chau-SangRichie RenJanice ManMaggie Cheung Ho-Yee

Gatunek: kryminał, thriller, dramat.

2. Fabuła.

Wong Ho-Chiu jest potentatem na rynku nieruchomości. Zarówno w firmie jak i w domu rządzi twardą ręką. Pewnego dnia zostaje uprowadzona jego córka. W efekcie dziewczyna ginie, a Wong Ho-Chiu wysyła swojego ochroniarza, aby w jego imieniu wytropił i zabił sprawców.

3. Muzyka.

Przyznaję, iż oprawa muzyczna przypadła mi do gustu. Zwłaszcza pod koniec filmu można usłyszeć wiele ładnych instrumentalnych utworów, które dobrze wpasowują się w obraz.

4. Gra aktorska/Bohaterowie.

Po film sięgnęłam przez wzgląd na Anthony Wong Chau-Sang (Infernal Affairs) w obsadzie. Jak się można było spodziewać, nie zawiodłam się. Anthony Wong Chau-Sang wykreował tyrana z krwi i kości. Jego bohater, Ho-Chiu, rozstawia wszystkich po kątach i nikt nie jest w stanie mu się przeciwstawić. Jedynym wyjątkiem jest niepokorna córka – Daisy (w tej roli Janice Man), która zostaje uprowadzona. Ho-Chiu nagle zdaje sobie sprawę z tego, że może stracić ukochaną osobę. Dopiero wtedy zauważa, że błędy  w przypadku wychowania córki powiela również względem syna. Postać pełna dumy, stanowczości i do tego hipokryta. Teoretycznie takich bohaterów nie darzy się sympatią, jednak pod koniec filmu, wraz z dopełnianiem się zemsty, współczułam mu. Tak to już jest, że szanowny pan Wong z przeciętnych filmów potrafi zrobić dobre, a z dobrych bardzo dobre. Niestety w Punished nawet dobra gra aktorów na nic się zdała. Równie dobrze jak Anthony Wong Chau-Sang wypadł Richie Ren, który wcielił się w postać ochroniarza, będącego narzędziem zemsty swojego szefa. Postać Chor bardziej przypadła mi do gustu niż Ho-Chiu. Przede wszystkim za lepsze ukazanie kontrastu pomiędzy jego pracą, a życiem prywatnym. Otóż widać, że nie pierwszy raz pozbywa się ludzi na zlecenie szefa. Można się domyślać, że jest kimś w rodzaju płatnego zabójcy. Mimo to zupełnie nie potrafi poradzić sobie z nastoletnim synem, który pogardza nim. Odniosłam wrażenie, że to najbardziej tragiczna postać w filmie. Generalnie w filmach azjatyckich rzadko kiedy kobiety odgrywają istotne role (zwłaszcza w filmach spod znaku kryminał, thriller), tak samo jest w Punished. Tak czy inaczej podobała mi się rola zarówno Daisy (Janice Man) jako rozkapryszonej bogaczki, która próbuje zwrócić na siebie uwagę ojca, a także postać jej macochy, którą zagrała Maggie Cheung Ho-Yee.

5. Wykonanie techniczne.

Spodziewałam się filmu akcji, ale niestety czystej akcji jest niewiele. Jedynie pod koniec filmu jest kilka scen mordobicia, tortur, ale nie zapadają one w pamięci. Miejscami film wydał mi się niedbały, chociaż wrażenie to wynika raczej ze słabego scenariusza. Większość scen utrzymanych w mrocznym, posępnym klimacie i scenografii. Niepotrzebne były przeskoki w czasie. Chyba lepiej by było dla filmu, gdyby chronologia nie została zachwiana. Za plus uważam piękne (wręcz bajkowe) i surrealistyczne ukazanie jeziora w Boliwii. Można nacieszyć oczy urokami natury.

6. Ogólna ocena.

Pomimo moralizatorskiego tytułu (chiński tytuł oznacza karmę, bądź karę boską), to zabrakło mi sprawiedliwej zapłaty dla Ho-Chiu, który jest ucieleśnieniem aroganckiej dumy. Dobrze ukazano jego charakter, a także hipokryzję, jednak próżno szukać scen, które przekonałyby widza o pokucie głównego bohatera. Odnośnie hipokryzji, to chodzi mi tu głównie o fakt, że zamiast sam się mścić to wysyła swojego ochroniarza, a akt egzekucji ogląda przez telefon, jakby miało to oczyszczać go z wszelkich zarzutów. Niestety wszelkie próby ukazania „wewnętrznej pokuty” ograniczyły się do pseudo-duchowych przeżyć na łodzi z mnichami buddystycznymi i zalatującego kiczem zakończenia. Scenariusz mógłby być lepszy, gdyż chwilami film straszliwie się dłuży. Chyba niepotrzebnie starano się dołożyć do filmu filozofię – o wiele lepiej byłoby skupić się na akcji. Żeby nie było tak, że wszystko w Punished jest na „nie”, to należy oddać twórcom bardzo dobrą grę aktorów i ładny soundtrack. Podobał mi się realizm w postaci zlecenia zabójstwa komuś innemu. W filmach o tematyce zemsty zawsze mnie razi to, że główni bohaterowie okazują się nagle agentami specjalnymi, byłymi policjantami, czy znawcami sztuk walk. Punished to film ze zmarnowanym potencjałem. Niestety nie wnosi nic nowego do poruszanego zagadnienia. Zemsta ukazana jest jako bezcelowe i destrukcyjne działanie, które nie przynosi ukojenia. Czy polecam? Mimo wspomnianych wad – tak. Jeżeli podejść do Punished bez większych oczekiwań, to może skutecznie zająć te 1,5h z życia.

Ocena: 4+/10

Napisy PL

Plany [4]

W związku z tym, iż nie udało mi się wykonać planu za zeszły tydzień, to tytuły te ukażą się w przyszłym tygodniu. Dlatego też do końca tego tygodnia można się spodziewać moich komentarzy do:

  • Punished, hongkoński film z 2011 r.
  • Moby Dick, koreański film z 2011 r.
  • Iljimae, koreańska drama z 2008 r.
  • Ouran High School Host Club, japońska drama z 2011r.